Uważaj o czym marzysz Kobi co chwilę rozprasza mnie swoją obecnością. Z dziwnie wrodzonym instynktem opiekuńczym sprawdzam co gryzie, gdzie idzie i jak się czuje.Copyright © Victoria Connelly 2013Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo powieść w całości stanowi fikcję literacką. Występujące w niej nazwiska, bohaterowie i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych zarówno żyjących, jak i nieżyjących, do wydarzeń czy społeczności lokalnych jest całkowicie przypadkowe. Victorii Connelly przysługuje moralne prawo do uznania autorstwa niniejszego oryginalny: Wish You Were HereTłumaczenie: Regina MościckaRedakcja: Ewa KosibaKorekta: Anna PonikiewskaProjekt graficzny okładki: Studio KARANDASZZdjęcie na okładce: Androniki Papadimitriou, Maksim Shmeljov; Dotshock/ prowadząca: Barbara FilipekRedaktor naczelna: Agnieszka HetnałWydawnictwo Pascal sp. z Zapora 2543-382 2014ISBN 978-83-7642-489-7eBook maîtrisé parAtelier Du ChâteauxBobowi i Annie z najserdeczniejszymi pozdrowieniamiPodziękowaniaDla mojego świetnego zespołu, na którego wsparcie zawsze mogłam liczyć: Deborah Wright, Caroline Mackworth Praed, Ruth Saberton, Bridget i Gael, oraz dla mojego męża, Roya, który musi wiele znosić, gdy jestem w trakcie pisania książki!Dla cudownej Leah Fleming i Allie Spencer za wskazówki na temat Gre również Wendy Holden, Fionie Dunbar, Brin i Helen, Andrei Jones, Annette Green, Davidowi Smithowi, Caroline Hogg oraz całemu zespołowi z wydawnictwa podziękowania należą się Alexandrze Galani za to, że pozwoliła mi wykorzystać swoje nazwisko – kolejny raz!Dziękuję też fantastycznym ludziom z Norwich: Simonowi i Lisie Ludkin, Rogerowi i Anne Betts, Jane McInnes i Vicky Green oraz Robertowi Weltonowi z Jarrold’ także moim drogim czytelnikom i przyjaciołom z Twittera i Facebooka, którzy przesyłają mi wspaniałe wiadomości – jesteście niesamowici!PrologNa jednej z maleńkich greckich wysepek, w samym sercu Morza Śródziemnego, wznosi się willa Argenti. Niepewnie przywiera do wysokiego, stromego klifu, który nagle gwałtownie opada, pogrążając się w niebieskozielonych wodach. Budynek ten jest dość osobliwy, raczej nieforemny i zniszczony. Jego najstarszą część datuje się na wiek czternasty, reszta zaś została dobudowana przez kolejne pokolenia właścicieli, wśród których był włoski książę, dwóch greckich potentatów oraz trzy gwiazdy rocka. Willę zdobią baszty i wieżyczki, wspaniałe drewniane drzwi oraz okna, które świetnie pasowałyby jako dekoracja któregoś z weneckich pałaców. Ogólny efekt jest nieco zaskakujący, lecz bardzo przyjemny dla to nie sama rezydencja jest tym, co przyciąga turystów, lecz otaczające ją ogrody. Krąży opinia, że należą one do najpiękniejszych w całym regionie śródziemnomorskim. Być może wynika to z ich niecodziennego charakteru. Nie zaznaczają swej obecności krzykliwie i demonstracyjnie jak w przypadku innych atrakcji turystycznych – wręcz przeciwnie, jedynie wabią kuszącym klimatem i dlatego ludzie przeważnie trafiają do nich przez przypadek bądź z polecenia innych.„Czy widzieliście już ogrody w willi Argenti? Jeszcze nie? W takim razie musicie, koniecznie musicie je zobaczyć!”.Ich ozdobą są długie cieniste aleje, skąpane w słońcu tarasy i soczyste zielone trawniki, a także kamienne świątynie, ceramiczne donice z wylewającym się z nich jaskrawym kwieciem i fontanny, które chłodzą powietrze lekką wodną mgiełką. Największym zainteresowaniem cieszy się zakątek o nazwie Ogród Bogiń, w którym wznoszą się wspaniałe posągi. Ustawiono je w należytej odległości od siebie, co skłania zwiedzających do spacerów pomiędzy nimi w pełnej szacunku ciszy. To właśnie tam, tuż obok drzewa cyprysowego, stoi Artemida, bogini łowów, z dwoma wiernymi psami myśliwskimi u stóp. Nieopodal stawu widać Demeter, patronkę żniw, trzymającą w ręku kłos zboża. Jest też Atena, Hera oraz Iris. Ale dopiero gdy dotrze się na sam kraniec ogrodu, napotyka się najsłynniejszą z bogiń – skąpaną w słońcu i otoczoną krzewami róż Afrodytę, boginię miłości i pięk ten ma w sobie coś wyjątkowego, co wyróżnia go spośród tysięcy innych kamiennych wizerunków bogini, na które można się natknąć w całej Grecji. Początkowo trudno to dostrzec, ponieważ na pozór przypomina inne figury – widać opadające na plecy loki, zwiewne jedwabne szaty, które z ledwością zakrywają powabne kształty, oraz ręce wzniesione do góry, by odgarnąć włosy z twarzy. A mimo to od razu przyciąga wzrok. Jest w nim coś magnetycznego, a nawet – jak twierdzą niektórzy – magicznego. Afrodyta ma oczy z kamienia, a mimo to wydaje się wszystko widzieć, a przy tym uśmiecha się, zupełnie jakby była w stanie spojrzeć w przyszłość i przewidzieć, co się wyda tak właśnie 1Alice Archer pierwsza przyznałaby, że nie jest piękna. Miła – być może. Ale w żadnym wypadku piękna. Słowo to o wiele bardziej pasuje do kogoś takiego jak jej siostra Stella, obdarzona przez naturę blond włosami, wystającymi kośćmi policzkowymi i figurą w kształcie klepsydry. W obecności siostry Alice wtapiała się w tło. Alice – przyzwoitka. Alice – grająca drugie skrzypce. Alice – siostra Stelli. Nigdy po prostu Alice. Nie żeby jej to specjalnie przeszkadzało, skoro tak naprawdę nigdy nie chciała znajdować się w centrum uwagi. O wiele bardziej wolała obserwować, jak przeżywają życie inni lu tak trudno zrozumieć to, co się jej przydarzy zaczęło się pewnego całkiem zwyczajnego dnia w połowie lutego. Warto podkreślić, że dzień ten w przypadku Alice był rzeczywiście zwyczajny – zawsze w ten sposób traktowała walentynki. Obudziła się rankiem w niewielkim domku szeregowym, w którym mieszkała, drżąc z zimna, bo po raz kolejny zepsuł się piecyk, a teraz przygotowywała się do wyjścia do pracy.„Nie spojrzę na wycieraczkę” – obiecała sobie w duchu, idąc do kuchni na śniadanie. „I tak nie ma tam żadnych kartek walentynkowych, a ja nie zamierzam się z tego powodu martwić”.Mimo to nie mogła się powstrzymać, żeby nie zerknąć w dół. Jak można się było spodziewać, wycieraczka była pusta – nie leżał na niej ani jeden dowód skrytego uwielbienia czy nieodwzajemnionej miło oznaczało to, że Alice nie spotykała na swej drodze zbyt wielu mężczyzn. Wręcz przeciwnie, otaczali ją ze wszystkich stron. Problem jednak w tym, jacy to byli mężczyźni. Nie mogła oprzeć się tej myśli, wychodząc z domu i dostrzegając listonosza Wilfreda, który szedł spacerkiem po podjeździe, zupełnie jakby dysponował nieskończoną ilością czasu, a roznoszenie listów było ostatnią rzeczą na jego głowie. Był już dobrze po pięćdziesiątce i miał chyba najbardziej zarośniętą twarz ze wszystkich, jakie Alice kiedykolwiek w życiu widziała – okazałe, gęste bokobrody sprawiały wrażenie, że cały jest porośnięty futrem. Zawsze przypominał jej na wpół przeobrażonego wilkołaka.– Dzień dobry, Wilfredzie – pozdrowiła go z najjaśniejszym uśmiechem, na jaki tylko mogła się zdobyć w poniedziałkowy poranek.– Dzień dobry, Alice – odpowiedział. – Dziś tylko rachunki. Za gaz i kartę kredytową.– To dobrze – odparła. Nie przywiązywała większej wagi do tego, że Wilfred wie wszystko o jej życiu osobistym. Gdyby była listonoszem, pewnie też wiedziałaby takie rzeczy. To niewątpliwie była część jego pracy.– Nie dostałaś żadnych walentynek? – zapytał.– Prawdę mówiąc, wcale się ich nie spodziewałam.– To już trzeci rok z rzędu, dobrze liczę?Alice westchnęła. Czasami Wilfred miał zdecydowanie za dobrą pa zatrzymał się na chwilę na chodniku, zagradzając jej przejście. Wtedy zorientowała się, że nie obędzie się bez problemów.– Mój kaszel powrócił – oznajmił.– Naprawdę? – zdziwiła się Alice, doskonale znając historię kaszlu Wilfreda.– Znowu byłem u lekarza. Kompletna strata czasu.– głośno zakasłał.– Słyszysz? – spytał. – Jak mi tam grzechoce?Alice potaknęła.– No właśnie – dodał. – To nie może być nic dobre nie miała zamiaru powiedzieć na głos, że dwadzieścia papierosów wypalanych przez niego dziennie z pewnością mu nie służy, bo wiedziała, że on i tak jej nie posłucha.– No cóż, źli nie zaznają spoczynku – powiedział i powlókł się dalej. – O, patrzcie państwo – zmienił temat – drugie wezwanie do zapłaty dla pani Bates spod numeru dwadzieścia dwa. I katalog bielizny. Czy ona nie jest już na coś takiego za stara?Alice przewróciła ocza był zwykle pierwszym męskim osobnikiem, jakiego spotykała w ciągu całego dnia. Drugi to Bruce z przystanku, który i tym razem stał na swoim miejscu w długim ciemnym prochowcu i z teczką w ręku. Skinęła głową w jego kierunku, a on zrobił to samo. I to wszystko, jak zwykle. Alice chodziła z Bruce’em do szkoły, ale nie miało to większego znaczenia, gdyż wtedy też tylko kiwali sobie głowami bez słowa. Uważała, że jest dość przystojny z tymi krótkimi jasnymi włosami i orzechowymi oczami. Ale miał w sobie coś ze złośliwca i ponuraka, a takie cechy nigdy jej nie pociąga kołnierz swojego zimowego płaszcza, trzęsąc się z zimna. West Carleton, jedna z maleńkich miejscowości w Norfolku, latem należała do najpiękniejszych zakątków na świecie. Otoczona szmaragdowymi polami, gęstymi chłodnymi lasami oraz zatrzęsieniem kościołów o okrągłych wieżach i licowanych krzemieniem murach, sprawiała wrażenie jak z bajki. Jednak w środku zimy, gdy wdzierał się do niej z wyciem wiatr znad morza, rozpędziwszy się po bezkresnych polach, miejsce to stawało się bardzo nieprzyjemne. Wtedy Alice żałowała, że sprzedała samochód i musi teraz znosić na przystanku przeszywające do szpiku kości zimno lutowego poran półgodzinnej jeździe autobusem dotarła do centrum Norwich, gdzie pracowała w dziale HR spółdzielni budowlanej. Nie przepadała za swoją pracą, chociaż miała ona też swoje dobre strony, szczególnie dla osoby tak dociekliwej jak ona. Nikt, rzecz jasna, nie podejrzewał jej o wścibstwo. Była pracowita i spokojna – innymi słowy, całkowicie poza podejrzeniami. Alice często uśmiechała się pod nosem na myśl o tajnych informacjach, jakie udało się jej zdobyć.– O, Alice, czy możesz mi przynieść akta Martina Kapinsky’ego? – poprosił jej szef, Larry Baxter, gdy tylko weszła do biura. Miał pięćdziesiąt cztery lata, mieszkał w jednej z przecznic Newmarket Road, w eleganckiej dzielnicy na krańcu miasta, wziął w zeszłym roku trzy dni zwolnienia lekarskiego, a jego znakiem zodiaku był Strzelec. To jedna z zalet pracy w dziale HR – łatwy dostęp do różnego rodzaju użytecznych informacji.– Posegreguję dokumenty – mówiła zwykle koleżankom, kiedy chciała się dowiedzieć czegoś o którymś z mężczyzn. Na przykład w zeszłym roku, po tym jak Philip Brady zaprosił ją na kolację. Pracował w dziale sprzedaży, miał kruczoczarne włosy i był wyjątkowo czarujący. Tuż przed randką, w przerwie pomiędzy swoimi obowiązkami Alice pośpiesznie sprawdziła jego akta. Zauważyła, że pobierał bardzo dobrą pensję, wcześniej pracował w dwóch innych miejscach, a z egzaminów GCSE1) miał aż dziewięć najwyższych not. Niestety, zapomniała przyjrzeć się bliżej jego oświadczeniom o powodach nieobecności w pracy. Gdyby to zrobiła, dostrzegłaby, że wziął sześć pojedynczych dni urlopu z powodu dolegliwości związanych z zespołem jelita drażliwego. Miałaby wtedy szansę przygotować się duchowo na ich wspólny wieczór i liczne momenty, gdy zostawała sama przy restauracyjnym sto GCSE – egzamin zdawany w trakcie piątego roku nauki w szkole średniej w Anglii, Walii i Irlandii Północnej (przyp. red.).Wydobyła akta Martina Kapinsky’ego i wręczyła je szefowi. Nawet na nią nie spojrzał, gdy podawała mu dokumenty, ale była już do tego przyzwyczajona.– Nadal czekamy na jego referencje – rzekł Larry. – Zadzwoń i przyciśnij ich o akta Alice, nie siląc się nawet na cień uśmiechu czy słowo podziękowania. Odłożyła je z powrotem na półkę i usiadła – niezauważona – przy swoim biurku w rogu wielkiej sali typu open spa w tym momencie do środka wszedł Ben Alexander. Pracował na stanowisku doradcy klienta, co znaczyło, że Alice nie istnieje w jego świecie. Trzeba jednak przyznać, że przynajmniej próbował sprawiać wrażenie, że ją kojarzy.– Cześć, Anno – powiedział, nawet na nią nie spojrzawszy. Nie miała zamiaru go poprawiać. I tak nie zapamiętałby jej prawdziwego imie go, kryjąc się za swoim komputerem, gdy szedł w stronę biurka jej szefa. Miał ciemnorude włosy i niebieskoszare oczy. Założył dziś granatową koszulę, przy której jego tęczówki wydawały się jeszcze jaśniejsze niż zwykle, co sprawiło, że serce Alice lekko zatrzepotało. Podkochiwała się w nim od niepamiętnych czasów. Było to zupełnie niedorzeczne, bo przecież nigdy nie spojrzałby na taką dziewczynę jak ona. Zadawał się z firmową elitą pokroju Pippy Danes, która miała platynowe blond włosy i nogi modelki. Ale cóż szkodzi odrobinę poma było jednak inaczej, bo Alice nie była w stanie zliczyć, ile to już razy żyła nadzieją, że może choć jeden jedyny raz spojrzy na nią – naprawdę spojrzy – przystojny mężczyzna. W ten sposób, że zdoła przebić się wzrokiem przez jej nieśmiałość i zwyczajność. Tak, że zobaczy kim naprawdę Ben wcale jej nie widział, nawet gdy patrzył wprost na nią, wręczając jej zwolnienie lekarskie pracownika w celu dołączenia dokumentu do akt.– Dzięki, Anno – rzucił, po czym wyszedł z biu wstała i poszła do toalety. Gdy zamykała za sobą drzwi kabiny, do środka weszły dwie rozchichotane dziewczyny z biura.– Widziałaś dziś Alice? – zapytała jedna z nich.– Nie, a co? – zdziwiła się druga.– Znowu ma nas sobie ten okropny szary sweter.– O, nie! Ten zmechacony?– Ten sam! Cała Alice!Obie wybuchły piskliwym śmiechem.– Najlepsze jest to stare brązowe cudo ze śmiesznym paskiem.– To, w czym wygląda, jakby zdechł na niej niedźwiedź?Ponownie zaniosły się śmiechem, spuściły wodę, a później umyły ręce i wy odczekała chwilę, zanim opuściła swoją kryjówkę. Bardzo lubiła swój szary sweter, bo był niezwykle praktyczny i wytrzymały. Jednocześnie musiała przyznać, że jego rozciągnięte rękawy i workowaty wygląd raczej nie dodają uroku młodej, dwudziestoośmioletniej kobie się swojemu odbiciu w wiszącym nad umywalką lustrze. Miała bladą twarz, a jej proste, pozbawione wyrazu brązowe włosy opadały kaskadą na ramiona. Jedyną rzeczą naprawdę godną uwagi były błękitne oczy, ale ona nigdy nie przywiązywała do tego wagi i wolała ukrywać je w biurze za dużymi okularami w ciemnych oprawkach, zupełnie nie dbając o takie szczegóły, jak kredka do powiek czy tusz do zastanawiała się, jak wyglądałaby po zmianie wizerunku. Lubiła oglądać w telewizji program, w którym zabierano się do jakiegoś beznadziejnego przypadku z koszmarną fryzurą i w rozciągniętym swetrze, i zamieniano go w królową piękności. Gdy patrzyła na swój zmechacony sweter i praktyczne buty na płaskiej podeszwie, przyszło jej do głowy, że pewnie sama by się tam kwalifikowa do swojego biurka, mimowolnie zastanawiała się, jak to jest być jedną z tych dziewczyn, które wiedzą, jak się ubierać i uczesać. Jak czuje się kobieta, która potrafi sprawić, że mężczyźni się za nią oglądają i w niej zakochują?Alice westchnęła. Raz, choć jeden raz w życiu chciałaby poczuć, jak to jest być piękną!Rozdział 2Wiesz, na czym polega twój problem, Alice?Alice nie była pewna, czy chce tego słuchać, doskonale bowiem wiedziała, co powie Stella.– Zupełnie ci nie zależy. Popatrz tylko na siebie – rzekła jej siostra, oskarżycielsko celując palcem w sweter, który Alice miała na sobie.– Szary! – niemal wypluła to słowo z ust, jakby miało paskudny smak.– Co jest złego w szarym? Jest teraz bardzo modny.– Na pewno nie taki jak ten!Alice machinalnie skubała swój zmechacony sweter, przyglądając się, jak Stella opada na kanapę naprzeciwko niej i pakuje łyżkę do pudełka z lodami.– Mniejsza z tym – ciągnęła z ustami pełnymi lodów czekoladowych. – Dlaczego przyszłaś?Alice wzięła głęboki oddech, z góry wiedząc, jak prawdopodobnie będzie wyglądała ich dalsza rozmowa.– Tata ma urodziny za niecałe dwa tygodnie, więc pomyślałam sobie…– Urodziny? O nie, całkiem zapomniałam – przyznała Stella.– W zeszłym roku też nie pamiętałaś.– Byłam zajęta.– Tak samo jak rok wcześniej.– Nie nudź, Alice. Boże, jesteś jeszcze gorsza niż mat chwilę obie siostry siedziały w milczeniu, wspominając mamę, której zostały tak okrutnie pozbawione, gdy Alice miała zaledwie dwanaście lat, a Stella tylko osiem.– Przepraszam, nie chciałam…– W porządku – odparła Alice. – Nie powinnam była tak zrzę ponownie zanurzyła łyżkę w pudełku z lodami, pewna, że jej się upiekło, ale Alice nie miała zamiaru dać się jej tak łatwo wywinąć.– Więc co robimy? – zapytała.– Z czym?– Z urodzinami taty!Stella wzruszyła ramionami, spuszczając oczy, starannie unikając wzroku siostry.– Coś musimy zrobić. W końcu nie co dzień kończy się siedemdziesiąt lat – naciskała Alice.– Jezu, to takie okropne mieć siedemdziesięcioletniego ojca – powiedziała Stella. – Co ta mama sobie myślała?– Była w nim zakochana – odrzekła Alice. – A to dobrze dla nas, bo inaczej nie byłoby na świecie ani mnie, ani ciebie. A poza tym on wcale nie był stary, gdy się urodziłyśmy, przynajmniej jak na mężczyznę.– Moim zdaniem to fatalnie, że faceci mogą mieć dzieci aż do późnej starości.– Przecież tata był ledwo po czterdziestce, gdy przyszłyśmy na świat. Jak na tamte czasy, nie był stary, a dziś siedemdziesiąt lat wcale nie oznacza starości. – Alice zamilkła na moment, wzdychając głęboko. – Zresztą nieważne. Pomyślałam sobie, że mogłybyśmy go odwiedzić.– O nie, Alice! – rzekła szybko Stella. – Wiesz, że nie znoszę tego okropnego miejsca! Śmierdzi tam szpitalem i starymi ludźmi.– Sama kiedyś się zestarzejesz i też będzie cię czuć – zauważyła Alice.– Nie bądź wredna!– Nie musimy wcale zostawać tam długo. Pomyślałam sobie, że mogłybyśmy go gdzieś zabrać.– Zabrać go? Tak po prostu, do ludzi? – zapytała Stella z przerażoną miną.– Nadal jest w stanie pojechać na jeden dzień nad morze i zjeść lody. Jeszcze nie umarł, nie zapominaj o tym!– Równie dobrze mogłoby tak być. Jego mózg już nie żyje.– Nieprawda!– Ale takie sprawia wrażenie za każdym razem, gdy go odwiedzam – nie dała się przekonać Stella.– A kiedy ostatnio u niego byłaś?– Nie wiem. Nie prowadzę ewidencji, jak to ty masz w zwyczaju. I tak zawsze byłaś jego ulubienicą.– Jak możesz tak mówić? To ty dostałaś dom! – zauważyła Alice, podnosząc wzrok ku wysokiemu sufitowi wiktoriańskiego bliźniaka.– A więc zazdrościsz mi domu, tak?– Nie, oczywiście, że nie.– Sama mówiłaś, że chcesz mieszkać na swoim.– Masz rację, Stello. Chcę tylko, żebyś czasami odwiedziła tatę. Może zabrałybyśmy go nad morze? Zawsze bardzo je lu tym momencie Alice stanęły przed oczami niekończące się wakacje nad morzem, na które jeździli całą rodziną. Do Great Yarmouth, Blackpool, Skegness, Brighton czy innych brytyjskich kurortów, gdzie cudownie spędzali czas, budując niesamowite zamki z piasku i pochłaniając całe góry waty cukrowej.– Przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić.– Będzie strasznie zimno – Stella wzdrygnęła się teatralnie.– I co z tego? Ciepło się ubierzemy!– Ale jak się tam dostaniemy?– Sam z domu opieki zaproponował, że odwiezie nas na stację.– Do pociągu? Z jego wózkiem?– Oczywiście, że z wózkiem. Nie może już sam zbyt daleko chodzić.– Rany, wcale mi się to nie uśmiecha – przyznała się Stella.– Wiem, ale czy nie mogłabyś chociaż raz nie myśleć tylko o sobie?– A cóż to miało znaczyć?– To, że spróbowałabyś dla odmiany pomyśleć o tacie i o tym, jak bardzo chciałby nas obie zobaczyć i spędzić z nami dzień – z dala od domu opie zmarszczyła nos.– Moglibyśmy pojechać twoim samochodem – dodała Alice. – W końcu tata mówił, że mamy się nim dzielić.– No nie, Alice! Kiedy w końcu kupisz sobie własny? Najwyższy czas. Nie możesz oczekiwać, że inni ludzie będą wiecznie pomagać ci w niezręcznych sytu wzdrygnęła się na myśl, że ich ojciec został zaliczony do jednej z owych „niezręcznych sytuacji”.– Kiedy ostatnio prosiłam cię o pożyczenie samochodu?– Mówię tylko, że powinnaś mieć swój.– Nie stać mnie na kupno auta. Ledwo daję radę opłacić czynsz i rachunki.– Nie wiem, co ty robisz z pieniędzmi, siostro, naprawdę nie ugryzła się w język. Gdyby Stella, zamiast dostać wszystko od ojca, musiała sama się ruszyć i poszukać sobie pracy na pełny etat, dotarłoby do niej, jak ciężko żyje się w prawdziwym świecie.– W końcu to jest samochód taty – przypomniała jej Alice.– Wiem o tym. Stary grat. Powinien był mi kupić nowy. Nie mogę uwierzyć, że o tym nie pomyślał, zanim przeniósł się do domu opieki.– Miał ważniejsze rzeczy na głowie niż kupowanie córce nowego samochodu, gdy zaczął tracić pamięć.– A może pożyczysz samochód od Celii? Ona chyba ma jakąś wielką terenówkę? – zaproponowała Stella, mając na myśli najlepszą przyjaciółkę siostry.– Ma, ale ciągle wozi dzieciaki – zauważyła Alice. – Ostatnio prawie w ogóle się nie widujemy. Cały czas jest zajęta chłopcami. A poza tym tata nie chce widzieć Celii, tylko ciebie!Przez chwilę siedziały w milczeniu, a ich słowa wisiały ciężko w powietrzu.– Słuchaj – odezwała się w końcu Alice – nie przyszłam po to, żeby się z tobą kłócić.– To dobrze, bo nie jestem w nastroju. Miałam okropny dzień, jeśli chcesz wiedzieć – powiedziała Stella z kwaśną spojrzała na nią. Siostra była samolubna i irytująca, lecz dziś wyglądała jakoś blado, więc obudziły się w niej siostrzane uczucia.– Co się stało? – zapyta błękitne oczy Stelli jak na zawołanie wypełniły się łzami.– Chodzi o Joego! – wykrzyknęła.– Co z nim?– Zerwał ze mną!– Biedactwo! – rzekła Alice, pochylając się ku niej na kanapie i ściskając jej rękę. – Co się stało?– Powiedział, że jestem zbyt wymagająca. Co to w ogóle ma znaczyć?– To znaczy, że poświęcasz dużo czasu…– Daj spokój, przecież znam to słowo. Ale ja wcale nie jestem wymagająca! Od dwóch tygodni nie byłam u fryzjera. Dwa bite tygodnie! A popatrz na moje paznokcie!Alice rzuciła okiem na jej nieskazitelne długie paznokcie w szkarłatnym kolorze.– Pozadzierane i z odpryskami, ale jakoś wytrzymam do jutrzejszej wizyty u kosmetyczki. Pytam się więc – czy to jest oznaka bycia wymagającym?– Ale…– Powiedział mi też, że nie cieszą mnie proste rzeczy w życiu. I to tylko dlatego, że nie chciałam z nim pojechać na jakieś beznadziejne wakacje na kempingu. Powiedz tylko, która zdrowa na umyśle dziewczyna miałaby ochotę spać w namiocie? Na gołej ziemi?Alice przypomniała sobie Joego. Był typem sportowca o ramionach silnych jak u alpinisty i atletycznej budowie ciała. Mogłaby znaleźć dowolną liczbę dziewczyn, które oddałyby wszystko, żeby tylko spędzić z nim noc pod namiotem. Ale nie jej siostra. Ją zadowoliłby tylko co najmniej pięciogwiazdkowy hotel.– To zwykły drań – dopowiedziała Stel westchnęła. Joe w żadnym wypadku nie był draniem. Alice nawet go lubiła, ale i tak z góry wiedziała, co się wydarzy – najprawdopodobniej zmęczą go kaprysy Stelli i jej nieustanne flirty. Jakby na dowód tego nie dało się nie zauważyć, że na kominku stało rzędem pięć walentynkowych kartek. Aż pięć! Od kogo je dostała? Alice z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak Stella flirtuje z każdym z ich nadawców z osobna.– Akurat zarezerwowaliśmy wakacje w Grecji – ciągnęła Stella, głośno pociągając nosem. – Tak się na nie cieszyłam. Joe wiedział, jak bardzo potrzebny mi odpoczy zamrugała ze zdumienia, zastanawiając się, od czego tak naprawdę miałaby odpoczywać jej siostra.– I co zrobisz? – zapytała.– Na pewno nie pozwolę, żeby przepadły. Joe oddał mi bilety, bo pewnie bał się, że zrobię mu awanturę. Zobacz wstała, by wziąć ze stołu broszurę, którą rzuciła na kolana Alice.– Strona osiemna przekartkowała folder w poszukiwaniu właściwego miejsca, po czym aż gwizdnęła z podziwu na widok przepięknej białej willi o jasnoniebieskich okiennicach, z basenem i tarasem z widokiem na morze. Na pewno nie była to typowa grecka wyspa nastawiona wyłącznie na turystów, pełna hałaśliwych klubów nocnych i barów. Wyglądała na cichą i elegancką – idealne schronienie przed światem. Trzeba przyznać, że Joe miał dobry gust – wyspa prezentowała się rewelacyjnie.– Musisz pojechać ze mną, Alice!– Co takiego?– Musisz się wybrać ze mną. Nie mogę jechać sama, zanudziłabym się na śmierć. Prosiłam już Lily i Becks, ale one nie mogą. Pytałam nawet Jess, choć wcale jej nie lubię, ale ona też odmówiła. Zostałaś tylko ty. Nie musisz za nic płacić, chociaż mogłabyś mi kupić jakiś prezent w podziękowaniu. Widziałam ostatnio przepiękny kaszmirowy sweter, bardzo by mi się taki przydał. Proszę, powiedz, że pojedziesz!Alice zagryzła wargę. Nad czym się tutaj zastanawiać? Tydzień cudownego słońca na uroczej greckiej wyspie, z dala od ponurej aury Norfolku i biurowych problemów. Dokładnie tego było jej trzeba.– Proszę, Alice! Wiem, że nigdy byś sobie nie wybaczyła, że jadę na wakacje sama jak palec! W życiu nie pozwoliłabyś na coś takiego, prawda?Alice spojrzała na siostrę. Była bardzo dobra w przekonywaniu innych, by robili to, co chciała. Alice oczywiście miała zamiar się zgodzić, ale nie dlatego, że Stella próbuje wywołać w niej poczucie winy. Bardzo chciała pojechać, lecz jednocześnie przyszło jej do głowy, że może wykorzystać te wakacje jako kartę przetargową.– No nie, Alice! Będę taka nieszczęśliwa, jeśli pojadę sama! – ciągnęła Stella z grobową uniosła do góry ręce w geście rzekomej kapitulacji.– Dobrze – zgodziła się – wybiorę się z tobą. Ale pod jednym warunkiem.– Jakim? – chciała wiedzieć Stella.– Pojedziesz ze mną na urodziny taty i postarasz się, żeby przyjemnie spędził ten wydała głębokie westchnienie. Nie wyglądała na uszczęśliwioną i przez chwilę Alice obawiała się, że jej szantaż nie zadziała. Ale udało się.– W porządku – oznajmiła wreszcie Stella.– Słowo?– Słowo – potwierdziła jej młodsza siostra. – Poja 3Jedną z zalet mieszkania w Norfolku była bliskość morza i plaż, które rozciągały się na północy i na wschodzie. Dojazd na wybrzeże bez samochodu bywał jednak kłopotliwy, dlatego Alice nie wybierała się tam zbyt często. Dzisiejszy dzień stanowił miłą odmianę.– Dobrze, że Stella pożyczyła nam swój samochód – powiedział Terry Archer.– To jest twój samochód, tato – zauważyła Ali głową.– Nie, na pewno należy do niej – stwierdził, wskazując głową różowe futrzane kostki do gry zawieszone na luster mruknęła coś pod nosem, a potem zdjęła je i cisnęła na tylne siedzenie.– Stella przeprasza, że nie mogła się dziś pojawić – rzekła. – Bardzo chciała tu westchnienie ojca.– Alice, nie musisz kłamać w imieniu siostry. Wiem, jaka ona jest. Zdaję sobie sprawę, że mogę ją zobaczyć tylko przy jakiejś specjalnej okazji, na przykład gdy potrzebny jej mój podpis.– Chyba nie męczy cię nadal o pieniądze? – zapytała Alice w osłupieniu.– Tylko wtedy, gdy jej na to pozwalam.– Tato!– Czasami trudno mi jej odmówić, tak samo jak twojej matce. Jej też nigdy nie potrafiłem powiedzieć „nie”.– Ale mnie byś odmówił? – spytała Alice z szerokim uśmiechem.– Przede wszystkim, moja droga, ty nigdy nie pro uśmiechnęła się do niego, skręcając w drogę wiodącą wzdłuż wybrzeża, ale w środku aż kipiała ze złości na wspomnienie telefonu, jaki odebrała dziś rano od siostry.– Alice? – wychrypiał w słuchawce słaby głosik.– Stella?Po drugiej stronie słuchawki rozległo się chrząknięcie i ponownie odezwał się zachrypnięty głos.– Nie czuję się najlepiej. Chyba bierze mnie gry chciałaby jej wierzyć – naprawdę chciałaby – ale Stella miała zwyczaj podnosić fałszywy alarm za każdym razem, gdy było jej to na rękę, więc trudno było się zorientować, czy mówi prawdę.– Leżysz w łóżku? – zapytała Alice.– Tak – wychrypiała Stella.– To dobrze. W takim razie wpadnę, żeby zabrać samochód.– Co? – krzyknęła.– Podobno straciłaś słuchawce ponownie dało się słyszeć chrząknięcie.– Bo tak jest! Po co ci mój samochód?– Na urodziny taty. Jeśli leżysz w łóżku, nie będzie ci potrzebny – wyraziła swoje zdanie Alice i natychmiast odłożyła słuchaw godzinę później Stella otworzyła jej drzwi, widać było, że włożyła sporo wysiłku, żeby pieczołowicie potargać sobie włosy, ale nie dało się nie zauważyć, że pod szlafrokiem jest kompletnie ubrana, a na twarzy ma pełny makijaż. Alice nie zamierzała jednak jej tego wytykać. Jedno było pewne – nie mogła pozwolić, żeby cokolwiek zepsuło jej ten wyjątkowy dzień, który miała spędzić z oj miejscowości Bexley-on-Sea nie dane było, co prawda, szczycić się wesołym miasteczkiem jak Great Yarmouth czy szerokim molem jak Cromer, ale Alice miała nieodparte wrażenie, że to wręcz działa na jej korzyść. Było to staromodne miejsce z rzędami przedpotopowych pensjonatów i prostą promenadą, wzdłuż której stały urocze małe budki oferujące rybę z frytkami i lody. Miasteczka raczej nikt nie nazwałby mekką turystów mających zamiar zwiedzać Norfolk, ale chętnie przyjeżdżali do niego miejscowi, a Alice bardzo je lubi samochód na nabrzeżu i wcisnęła na głowę wełnianą czapkę. Gdy tylko otworzyła drzwi, natychmiast przywitał ją podmuch lodowatego, przesiąkniętego zapachem soli wiatru. Wyjęła z bagażnika wózek inwalidzki, rozłożyła go w rekordowym tempie, a potem pomogła ojcu wydostać się z wnętrza samochodu i na nim usiąść.– Tylko na chwilę – zaznaczył – a potem trochę się przespaceru odznaczało się stalowoszarym kolorem, identycznym jak barwa nieba. Na horyzoncie piętrzyły się ogromne zwały ciemnych chmur, a wiejący z północy mroźny wiatr przypomniał Alice, jak niewiele dzieli ich od bieguna północnego.– Niezbyt dobry dzień, żeby zamoczyć nogi, prawda? – zauważył siedzący na wózku Terry.– Przepraszam, tato. To był beznadziejny po rękę i ścisnął jej dłoń.– Łyk bryzy dobrze nam zrobi – powiedział – nawet gdy przy okazji chce nam ona urwać gło chwilę przemieszczali się w milczeniu promenadą wzdłuż morza, każde z nich zatopione we własnych myślach. Budki były nieczynne, pogrążone we śnie na długie zimowe miesiące, ale Alice wypatrzyła po drodze otwartą kawiarnię – postanowiła wstąpić tam później.– Postaw mnie tutaj – poprosił tata po mniej więcej dziesięciu minutach spaceru – i usiądź na chwilę koło mnie. Czuję się samotny, gdy jesteś za moimi plecami i nie da się z tobą normalnie rozma ustawiła wózek przy ławce i usiadła obok. Ławka była wilgotna od bryzy, a jej siedzenie – zimne i nieprzyjemne, mimo to dobrze było posiedzieć sobie z ojcem. Ujęła jedną z jego szerokich dłoni i ścisnęła obiema rękami.– Ale masz zimne ręce – powiedziała. – Nie powinniśmy za długo tu przesiady milczał. Dostrzegła, że patrzy daleko przed siebie na morze. Widząc jego oczy, jakby zamglone wspomnieniami z przeszłości, zaczęła się zastanawiać, o czym tak rozmyśla.– Pamiętasz, jak przyjeżdżaliśmy tutaj z mamą? – odezwał się w końcu.– Oczywiście, że tak – przytaknęła Alice. Przypomniała sobie mamę, jak wstawała dużo wcześniej od nich, żeby przygotować gigantyczny…(fragment)…...Całość dostępna w wersji pełnejRozdział 4(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 5(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 6(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 7(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 8(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 9(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 10(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 11(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 12(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 13(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 14(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 15(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 16(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 17(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 18(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 19(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 20(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 21(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 22(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 23(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 24(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 25(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 26(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 27(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 28(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 29(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 30(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 31(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 32(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 33(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 34(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 35(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 36(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 37(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 38(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 39(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 40(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRozdział 41(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRok później(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejPrzeczytajcie wywiad na wyłączność z Victorią Connelly(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejSpis treściKarta tytułowaKarta redakcyjnaDedykacjaPodziękowaniaPrologRozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdział 9Rozdział 10Rozdział 11Rozdział 12Rozdział 13Rozdział 14Rozdział 15Rozdział 16Rozdział 17Rozdział 18Rozdział 19Rozdział 20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdział 24Rozdział 25Rozdział 26Rozdział 27Rozdział 28Rozdział 29Rozdział 30Rozdział 31Rozdział 32Rozdział 33Rozdział 34Rozdział 35Rozdział 36Rozdział 37Rozdział 38Rozdział 39Rozdział 40Rozdział 41Rok późniejPrzeczytajcie wywiad na wyłączność z Victorią Connelly
Uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają niedziela, 14 kwietnia 2013. Kierunek-Anglia Więc jak już mówiłam wszystko dotyczące wylotu się
Uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają, choć nie zawsze tak, jak byśmy sobie tego życzyły. Niebacznie wypowiedziałam życzenie nie precyzując go dokładnie…Wolny czwartekTak mi wypadło z grafiku w pracy. Hm, co by tu porobić? Mam zakupy do zrobienia, a tak poza tym? Chyba się trochę poobijam? Może książka? Nowy tekst na bloga? Mydełka porobię, albo buraki zakiszę? Ale będzie super! Taki spokojny, domowy dzień…Kasiu idziesz jutro do pracy? – moja mamaNie, a co?A bo byś mnie na cmentarz podwiozła, wiesz u babci tyle żołędzi i liści, trzeba to posprzątać na Wszystkich ŚwiętychJasne mamo, pojedziemyMamooo na którą idziesz jutro do pracy? – HaniaNie idę córciuTo podwieziesz mnie na przystanek?Podwiozę, czemu nie?A odbierzesz mi z przychodni receptę? – moje dziecię pytaO, to i mnie być leki z apteki odebrała – moja mamaSłuchaj a po drodze nie kupiłabyś mi liquidów? – KarolPewnie. I tak jadę na zakupy, to ci gdzieś kupięMamo odbierzesz mnie z dworca o – sms od starszej pociechySiMamoooo, a odbierzesz mnie z korepetycji? – młodsze dziecięOczywiście, o której? radęNo nie potrafię odmawiać. To prawda. Kocham ich, a jestem prawie jedynym kierowcą w rodzinie. Jednak jestem tylko człowiekiem, więc pomyślałam – „O ja pierniczę, znowu. A miało być tak pięknie. Żebym chociaż jeden dzień miała bez samochodu…” A mój Anioł Stróż, trochę zakręcony i chyba też potargany, a może już przygłuchy, lub żartowniś? Wysłuchał tego mojego życzenia…Dzień Świra, czyli mój normalny (?) dzieńPobudka to ciężki moment w życiu każdego, a już w życiu nastolatki to szczególnie. Dlatego nie dziwi mnie, że córcia zaspała i trzeba ją zawieźć do szkoły, zamiast na przystanek. Okej jedziemy, trochę w pośpiechu, bardzo walcząc z korkami, docieramy do teraz zakupy, po mamę i na nie! Coś piknęło mi w telefonie. To przypominajka – „Idź do Straży Miejskiej”. O kurczę! Zapomniałam! Jadę. Włożyli mi kartkę pod centrum handlowym, w którym pracuję, bo przez tych studentów z Politechniki, co parkują na naszych miejscach, ja zaparkowałam chyba w nie do końca dozwolony sposób. No nic. Porozmawiam, uproszę. Może mandatu nie dadzą…W radio właśnie leci horoskop wróżbity Macieja, podgłaszam: „Ryby, dzisiaj możecie liczyć na finansową pomyślność” Hura! Każdy grosz się przyda. Dzięki Ci wróżbito Macieju!W Straży nie było „tego co trzeba strażnika”, a nikt inny nie wiedział, co zrobić ze mną. Obiecali, że „ten co trzeba strażnik” zadzwoni w poniedziałek. Okej, przynajmniej na chwilę się odroczy na tam Kasiu zakupy? Bo ja już gotowa, bo wiesz, potem korki. To lepiej szybko pojechać – Pędzę więc do domu, żeby zabrać Mamę i uniknąć nie unikamy, ale jakoś udaje nam się zaparkować pod cmentarzem, sprzątamy, ustawiamy i wracamy. W korkach. W mega pospieszmy się, bo niedługo Ola wraca, a obiadu nie ma jeszcze i co damy jeść tej chudzinie?Dobrze Mamo, tylko jeszcze apteka, pamiętasz?Po prawie godzinie przebijania się przez korki docieramy do apteki. Stajemy. Łup! Chrup! To moje Czerwone Ferrari zaryło podwoziem w krawężniczek idealnie dopasowany do jego nic się nie stało, ale nieźle pani przywaliła – Krzyczy do mnie jakiś mądrala. Jak ja kocham takich mądrali. Zawsze się zjawiają, by kobietę pouczyć. Trudno, mam nadzieję, że naprawdę nic się nie stało. Biegnę do apteki – kupione, odebrane, biegnę do auta. Ruszam. Lekko cofam. Łup!Co pani wyprawia! Zniszczyła mi pani auto! O, i jeszcze ucieka!Nie uciekam. Stoję w poprzek osiedlowej drogi. Muszę jakoś ją udrożnić. Ale ok, pan nerwowy, więc zostawiam auto tak jak na tą jego piękną Kię Sportage i nie wiem co uszkodziłam. Nic nie Tutaj, Widzi pani!? I kto mi za to odda?!Facet wrzeszczy i pokazuje mi… pięciocentymetrową ryskę na feldze auta. Taką, którą można szmatką zetrzeć. Nie wierzę własnym oczom, ale co? Spisujemy protokół, czy mam policję wzywać?Policję!? Jaką policję?! Do czegoś takiego?! Nie mam czasu, na policję! Spisujemy protokół. Biiiiiiip!Jak stanęłaś debilko?!To kierowca śmieciarki, który właśnie w tej chwili musiał wjechać, w tę leniwą osiedlową uliczkę. Przestawiam auto i dalej spisujemy protokół. Potem właściciel auta mnie dłuuugo i dokładnie legitymuje, dzwoni do ubezpieczyciela i rzeczoznawcy, trzymając w ręku moje prawo jazdy i przy okazji zrzędząc niemożliwie. Krew mi się gotuje. Wróżbita. Finansowa pomyślność, cholera! Jestem w plecy o podwyżkę ubezpieczenia! Dobrze, że resztkami przytomności zdjęcie cały czas mi przypomina, że nie ma obiadu jeszcze i nie zdążymy końcu „pan bardzo dokładny” oddaje mi prawko i mogę jechać. Dobra, Zmiana planów. Zawożę mamę. Zostawiam ją w domu, żeby obiad ugotowała, a sama ruszam dalej z drobnymi przysługami dla wszystkich. Co to ja miałam…? Aha, receptę z przychodni odebrać, liquidy kupić. Ojej i jeszcze paczka jest na poczcie do odebrania. Jadę na pocztę, do przychodni, po liquidy i jeszcze wypłacić z bankomatu. Wszystko? Eeee, jeszcze płaszcz z pralni odebrać. Teraz Wszystko. To może pojadę na ten obiad? Nie, nie zdążę. Czas jechać po coś mi zaczyna grzechotać pod spodem coraz mocniej…Piszę do Karola : „chyba rozwaliłam podwozie”.Zero reakcji, trudno. Może nie widział. Chyba dojadę wszędzie gdzie trzeba? Wieczorem pokażę mu przebijam się przez zakorkowaną, zdążająca na cmentarze po pracy, Łódź. A właściwie w większości stoję. „Mamo, daleko jesteś, bo już skończyłam i spieszę się, bo się umówiłam z Klaudią” – sms od córki. Wysilam komórki mózgowe, uciekam z korka w korek. Zabieram dziecię i znów kluczenie i kombinowanie, by dojechać do domu na czas, bo dziecko się Toyotka zaczyna dziwnie charczeć…Dojeżdżamy do domu. Zjadam szybko obiad (Dzięki Ci Panie za moją mamę). Która to godzina? Już? Czas po Olę na dworzec. Hania zabiera się ze mną. Ma coś jeszcze do załatwienia po drodze, to ją podrzucę. Ruszam. Jakieś 500 metrów od domu zapala się lampka ładowania. „Niedobrze” – myślę, ale nie mam czasu analizować. Ola pisze, że już czeka na dworcu i że marznie. W aucie też robi się jakoś zimniej. Chyba siadło do dworca i z trudem biorę ostatni zakręt. To wspomaganie kierownicy padło. Ale co tam, zaraz wyściskam moje dzieciątko i pojedziemy do domu, a martwić się będziemy wielką walichę do małego bagażnika i ruszamy. Moje Maleństwo coś nie chce ciągnąć. Światła przygasają. A tu mega, mega korek przy skręcie w prawo w drogę ze szlabanem na przejeździe kolejowym. Toyotka przygasa. „Proszę wytrzymaj, proszę wytrzymaj. Nie teraz. Nie padaj. Pls nie tutaj!”W tym miejscu zawsze jest nerwowo,ale dzisiaj, przed Wszystkimi Świętymi szczególnie. I właśnie tutaj, w najbardziej zatłoczonym, znerwicowanym miejscu na Ziemi, moje autko… głuche, bez z dziewczynami auto na chodnik. Nie szkodzi, że na sam róg drogi i wszyscy mają problem, żeby obok nas przejechać. Przed nami stoi znak drogowy. Nie mam siły manewrować, by go ominąć. Stoimy więc, jak stoimy. Obtrąbiane i nie wiem co do Mojego otworzyć maskę i zobaczyć, czy kabelki nie spadły. Boziu! Jakie znowu kabelki?! Ale otwieram, patrzę. Kabelków nie widzę. Z resztą jest ciemno, choć stoimy pod latarnią. Ale wydaje mi się, że widzę takie trzy kółka z boku silnika, których kiedyś chyba nie widziałam. Musiało je coś wtedy zakrywać? Mówię o tym tak. Zerwał się pasek od ładowania akumulatora. To on był na tych trzech kółkach kiedyś, a teraz go nie ma.„Urwana pokrywa podwozia go zerwała” – myślę sobie, ale Karolowi tego nie mówię. Wszak nie zareagował na moją informację o uszkodzonym podwoziu, więc za dużo tłumaczenia by było dzwoni do Taty,który podjeżdża do mnie swoim autem na ratunek. Boże, jak to dobrze, że mógł przyjechać. Kompletnie nie widziałam co począć. Samochód dla mnie to czarna magia. Tata przykręca do mojej Biedroneczki hak, wyciąga linkę i pyta, czy kiedyś byłam holowana i czy dam sobie radę. Pewnie! Pewnie?Dziewczyny dla bezpieczeństwa przesiadają się do Taty, a ja z duszą na ramieniu „pędzę” na lince holowniczej przez zakorkowaną, rozkopaną, zwariowaną Łódź. Parę zbyt szerokich zakrętów, parę za późnych hamowań. Pot na czole, klucha w gardle, noga nerwowo wciskająca pedał hamulca, ale dojechaliśmy. Jeszcze tylko podepchnąć auto pod płot zaprzyjaźnionego mechanika i… do się na nogach. W głowie mi się kręci. Mam dość. Biorę gorącą kąpiel. Chyba trochę przysypiam. Za chwilę budzi mnie z letargu gdzie masz kluczyki od auta? Mechanik dzwonił, żebym mu przyniósł, to w sobotę z rana zajmie się autem.„Extra!”- Myślę, „Może już pojutrze będę miała autko? Tylko co z cmentarzami? Chciałam mieć dzień bez auta, ale czy to musiał być akurat Dzień Wszystkich Świętych? Jak ja się z tej moje wsi dostanę na te wszystkie cmentarze po całej Łodzi rozrzucone? „Aniołeczku Sróżku, kompletnie wszystko pokręciłeś…Mija godzina, może dłużej. Karola nie ma. Wreszcie wchodzi. Mina obolała, sztywna, prawa ręka wyciągnięta ku Dwa palce sine i opuchnięte, kolejne dwa rozharatane, krew się się stało?!Wpychaliśmy auto na podwórko i mechanikowi coś się pokręciło. Zamiast skręcić w lewo, skręcił w prawo wprost na róg domu. Auto przytarł, dłoni mi o mało nie zmiażdżył, bo ja pchałem z tyłu. Masz cały bok auta do Potarganku, serio?!Nadeszła noc. Poszłam spać z nadzieją, że to już koniec tu rano:Mamo, chyba mi zginął portfel, a w nim wszystkie moje dokumenty…
Tym razem trochę inaczej ;) Jak zbudować kampera. Koszty budowy kampera. Przeróbka dostawczaka na kampera. Podróże kamperem. Buduję kampera i tego wszystkieg
Każdy ma jakieś marzenia, postanowienia i pragnienia, które wyraża najczęściej z początkiem nowego roku, mając nadzieję, że w nadchodzących dniach otrzyma to, czego sobie życzy. Większość z nas uważa, że doskonale wie, co jest nam potrzebne do szczęścia, więc snuje plany na przyszłość, by czuć się jak najlepiej w swojej przestrzeni życiowej. Bohaterka książki „Niepokorna” także ma swoje marzenia, od których uzależnia swoje poczucie szczęścia. Tymczasem wkrótce przekonuje się, że dobrze jest uważać na to, o czym się marzy, bo może się to Storm tydzień wcześniej skończyła trzydzieści lat i wydaje się kobietą spełnioną, przynajmniej zawodowo, na stanowisku zastępczyni dyrektora generalnego w firmie Holding Enterprise. Do niedawna była najszczęśliwszą osobą na świecie, gdyż jej ukochany mężczyzna, Mark oświadczył się jej i razem planowali przyszłość. Niestety, tuż przed Nowym Rokiem, który mieli witać razem w Paryżu, on nagle zrywa z nią mówiąc, że „życie jest za krótkie, że każdy z nas żyje raz” i powinien być pewnym, z kim chce spędzić przyszłość. Zamiast z nim, spędza noworoczny czas z przyjaciółką, Poppy, która bez zastanowienia przylatuje do Francji, by ukoić ból porzuconej narzeczonej. Gdy wybija północ, Ivy wyraża postanowienie, że za rok, o tej porze będzie już mamą, czyli spełni się jej marzenie o urodzeniu powiedzieć, trudniej trzy miesiące i nadal nie widać szansy na zrealizowanie tego pragnienia. Czas biegnie, więc Ivy wpada na szalony pomysł. Postanawia iść do klubu „Nightmare” w Greenwich zrzeszający bogatych londyńskich biznesmenów, którzy ukrywają się pod maskami prowadząc tam aktywne życie towarzyskie i seksualne. To wśród nich Ivy chce znaleźć ojca dla swego przyszłego dziecka. Poppy uważa ten pomysł za szalony, ale Ivy jest zdesperowana i gotowa na wszystko. Nie ma zamiaru ciągnąć ewentualnej znajomości dalej i ujawniać swojej tożsamości poznanemu mężczyźnie, lecz spotkać się z nim do momentu, gdy zajdzie w ciążę. Nie spodziewa się, że ta decyzja mocno zaważy na jej życiu i pokaże, że marzenia potrafią się spełniać w nieoczekiwany sposób. Tymczasem firmę, w której pracuje Ivy, przejmuje pod swoją władzę niejaki Ashton McCain, który okazuje się być surowym, wymagającym szefem, często działającym na nerwy pracowników i patrząc na okładkę spodziewacie się wylewającego się z każdej strony powieści seksu, to możecie być zaskoczeni tym, co w rzeczywistości dzieje się w tej historii. Muszę przyznać, że pomysł na fabułę jest dosyć oryginalny, chociaż nie całkiem nieprzewidywalny. Historia zaczyna się jak typowy erotyk i dlatego nie brakuje w niej odważnych scen, ale napisanych ze smakiem. Natomiast nie jest to wątek najważniejszy, gdyż podążając za kolejnymi epizodami wyłaniają się różne zagadnienia, które wywołują ogromny bagaż emocji. W efekcie nie jest to łatwa, spokojna, słodka lektura, skupiająca się tylko na erotyzmie, którego z czasem jest coraz mniej i ten wątek przesłaniają istotne problemy, z którymi można spotkać się w realnym życiuPani Monika Cieluch potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika nie tylko sferą intymną, ale też dramaturgią, której tutaj nie brakuje. Na plan pierwszy wysuwają się relacje między głównymi bohaterami, problem związany z ciążą, ale też warunki pracy w korporacji i panujące w niej układy. Do samego końca nie sposób oderwać się od lektury, gdyż stopniowo wyłaniają się tajemnice, które rzutują na relacje Ashtona i Ivy. Siłą są bardzo dobrze stworzeni bohaterowie oraz postacie drugoplanowe, o których chętnie przeczytałabym osobną powieść, na przykład o Poppy, której historię poznajemy z perspektywy Ivy, więc można poczuć niedosyt w poznawaniu tej postaci. Ogrom emocji wywołują relacje między Ivy i jej rodzicami, którzy nie potrafią zaakceptować wyborów jest osobą, której nie można nie lubić. Imponuje swoją postawą wobec współpracowników, odważnymi ripostami na chłód swego szefa, przeciwstawianiem się jego decyzjom, a jednocześnie rozbraja swoją potrzebą bycia matką i potrzebą bliskości drugiego człowieka. Sympatię również wzbudza Ashton, który z pozoru jest wyniosły oschły i ponury. Zyskuje wówczas, gdy poznajemy go lepiej poprzez jego perspektywę relacji wydarzeń. Przez większą część fabuły o kolejnych wydarzeniach opowiada nam głównie Ivy, ale i Ashton ma też możliwość pokazania nam swojego punktu widzenia, lecz jest go zdecydowanie za mało. Nie jest to zatem narracja naprzemienna, gdyż przez większą część książki znamy tylko wersję głównej bohaterki. Ma to swoje uzasadnienie, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach, gdyż jesteśmy zaskakiwani niektórymi sytuacjami, tak jak Ivy.„Niepokorna” to powieść o charakterze erotyczno-obyczajowym, która nie jest romansem skupionym tylko i wyłącznie na relacjach damsko-męskich, ale przede wszystkim autorka ujmuje w niej głębszy sens. Jest w tej powieści ból, cierpienie, życie z trudnym bagażem przeszłości, rozgoryczenie, smutek, radość, nadzieja i miłość. Niektóre wątki są przewidywalne, ale nie wszystkie, więc nie brakuje elementów zaskoczenia. Są w niej sceny pobudzające wyobraźnię, z ładnie opisanymi odczuciami, panującym pożądaniem, ale też wątki wzbudzające złość, łzy, wzruszenie i tkliwość. To wielowarstwowa opowieść o znajdowaniu sensu życia, gdy nie wszystko biegnie według naszych wyobrażeń, tak jakbyśmy Ivy uświadamia, że chęć posiadania dziecka nie zawsze może być dla drugiej osoby czymś, czego pragnie i to nie dlatego, że nie chce być rodzicem, ale dlatego, że przeszłość jest zbyt bolesna. Autorka w oryginalny sposób zwraca uwagę na to, że każda decyzja ma wpływ nie tylko na nas, ale też rezonuje na osoby z naszego otoczenia. To, co dla jednej osoby jest szczęściem, spełnieniem pragnień, dla drugiej może być traumą, o której trudno zapomnieć. Pokazuje, że nie zawsze realizacja marzeń przebiega tak, jakbyśmy chcieli, a miłość przychodzi czasami w nieoczekiwany przeczytałam, dzięki wydawnictwu AMARE
Może to było pomarańczowe światło, bo czerwone zwykle oznacza już zderzenie czołowe. Jesteśmy istotami rozumnymi. Ale podobno też racjonalnymi. Tu mam parę wątpliwości. Mianowicie: marzymy o rzeczach wielkich, każą nam myśleć pozytywnie bo to dobrze działa na ducha i pcha nas ku działaniu.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny postawił spółce InCruises International LLC z Portoryko zarzuty naruszania zbiorowych interesów konsumentów. Mamy podejrzenie, że firma InCruises International działa w systemie konsorcyjnym, zwanym też argentyńskim. Jest on zakazany przez prawo i uznawany za nieuczciwą praktykę. W przeszłości tego typu działalności kończyły się dotkliwymi stratami dla konsumentów – ostrzega Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I tłumaczy, że w tym przypadku system może polegać na zarządzaniu pieniędzmi zebranymi od uczestników programu w celu sfinansowania rejsów. Trzeba pamiętać, że korzyści dla uczestników w systemach konsorcyjnych finansowane są z wpłat innych i zwykle po pewnym czasie zaczyna brakować pieniędzy i system upada – mówi Tomasz Chróstny. Kusząca cena rejsów po Karaibach Spółka InCruises oferuje konsumentom z całego świata udział w programie członkowskim w rejsach. Jego uczestnicy płacą co miesiąc opłatę subskrypcyjną – 100 dol., która jest wymieniana na wewnętrzne punkty tzw. Dolary Rejsowe (DR), przy czym 1 dol. to 2 DR. Dolarami Rejsowymi można płacić za wycieczki statkiem, z tym że w pierwszym roku można wykorzystać maksymalnie 60 proc. zgromadzonych punktów, a resztę trzeba dopłacić prawdziwymi pieniędzmi. Pula do wykorzystania na rejsy stopniowo wzrasta, tak że w piątym roku udziału w projekcie, czyli po wpłacie co najmniej 4900 dol., można już wydać 100 proc. posiadanych DR na morską wyprawę. Dodatkowo firma rekrutuje tzw. partnerów, którym płaci za namówienie innych do wejścia do programu. poleca Przykład: rejs – kupowany przez InCruises od regularnych linii – kosztuje 2000 dol. Konsument, który uczestniczy w programie od 13 miesięcy, wpłacił 1300 dol., co oznacza, że uzbierał 2600 Dolarów Rejsowych. W drugim roku udziału może wykorzystać 70 proc. tej kwoty, czyli 1820 DR. Resztę – brakujące do ceny rejsu 180 USD – musi dopłacić w amerykańskiej walucie. W sumie więc wycieczka kosztuje ponad 25 proc. taniej, czyli 1480 dol. Różnicę pokrywa firma InCruises, której przychody pochodzą w zdecydowanej większości z wpłat członków. Tak więc, gdyby wszyscy uczestnicy programu zdecydowali się na rezerwację w jednym czasie, to zgromadzone środki nie pozwoliłyby na rezerwację rejsów – przestrzega UOKiK. Rezygnacja to też strata pieniędzy Dla funkcjonowania programu niezbędny jest ciągły dopływ nowych pieniędzy. Z naszych ustaleń wynika, że większość osób uczestniczy w nim biernie – uiszczając opłaty, a nie w sposób czynny – korzystając z rejsów – wskazuje UOKiK. Z dotychczasowych ustaleń #UOKiK wynika, że gdyby wszyscy uczestnicy programu Członkostwa w Rejsach INCRUISES zdecydowali się na rezerwację w jednym czasie, to zgromadzone środki nie pozwoliłyby na rezerwację rejsów. UOKiK (@UOKiKgovPL) July 20, 2022 Na dodatek wycofanie się z programu oznacza straty finansowe. Zgodnie z umową z InCruises International konsument, który rezygnuje z członkostwa, nie ma szansy na odzyskanie wpłaconych pieniędzy, a zgromadzone na jego koncie Dolary Rejsowe przepadają. Jeśli natomiast ktoś zaprzestaje wpłat, to jego członkostwo jest zawieszane. Na jego odblokowanie ma rok – musi jednak uzupełnić wszystkie zaległe płatności i wrócić do regularnego opłacania subskrypcji. Jeśli tego nie zrobi, traci wszystkie zebrane Dolary Rejsowe. UOKiK ostrzega konsumentów Po postawieniu spółce InCruises International zarzutu działania w systemie konsorcyjnym uznałem, że jest duże ryzyko, że konsumenci biorący udział w tym programie mogą stracić wpłacone pieniądze. Dlatego wydałem ostrzeżenie konsumenckie – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK. Program Członkostwa w Rejsach INCRUISES to może być system konsorcyjny. Taki system jest korzystny tylko dla osób, które otrzymają świadczenie najwcześniej. Dla jego funkcjonowania niezbędny jest ciągły dopływ nowych środków. UOKiK (@UOKiKgovPL) July 20, 2022 Zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów prezes UOKiK ma możliwość wydania ostrzeżenia, gdy istnieje szczególnie uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca stosuje nielegalną praktykę, która może narazić szeroki krąg konsumentów na znaczne straty lub niekorzystne skutki finansowe. Czytaj także: Módl się, by nie zhakowali ci konta. Bank ci nie pomoże. Załatwi cię jak tę okradzioną emerytkę
Wyniki wyszukiwania frazy: uważaj czym marzysz - wiersze. Strona 118 z 127. Blooregard Wiersz 10 maja 2010 roku, godz. 22:41 22,2 To o czym nie byłam
Na początku zeszłego roku siedziałam w kuchni swojego mieszkania w Berlinie i w trakcie rozmowy ze znajomym powiedziałam mu niespodziewanie, że tęsknię za Mią (moją jedyną i najfajniejszą córką). Nie miało to do końca sensu, bo Mia szalała po tym samym mieszkaniu, w którym właśnie siedzieliśmy z córką znajomego, i była na wyciągnięcie ręki. Ja z kolei na co dzień za nią tęskniłam, sama nie do końca rozumiejąc, jak mogę marnować te kilka godzin darowanej mi w ciągu dnia wolności na tęsknotę za wiecznie toczącą się kulką energii. Mogłabym spędzić je na pracy lub chociażby siedzeniu i nic nie robieniu. No właśnie, ona spędzała kilka godzin dziennie w przedszkolu, a ja miałam wrażenie, że jej dzieciństwo ucieka mi przez palce. Winię za to pomysł kupna kampera, który zrealizowałam kilka lat wcześniej (kampera nr 1, bo jesteśmy obecnie na numerze 3). Doprowadził on do tego, że spędzałam z córką ładnych kilka miesięcy rocznie w drodze. Odkryłam wówczas, jak totalnie genialne jest moje dziecko. W pewnym momencie stwierdziłam, że jedynym i rozsądnym wyjściem z tej całej tęsknotowej sytuacji będzie zabranie Mii z przedszkola, wpakowanie jej do kampera i podróżowanie z nią do momentu, kiedy będzie musiała iść do szkoły, czyli przez kolejne 2 lata. Od momentu kiełkowania pomysłu do podjęcia ostatecznej decyzji minęło 10 minut. Pozostało jedynie wciągnięcie do planu Tomasza (taty) i samej Mii. Tomasz powiedział „OK” w 5 sekund, Mia odpowiedziała „super”. Poszło łatwo i bez dramatu. Kolejne dwa miesiące na przemian jeździliśmy Thelmą (naszym przyszłym domem na kółkach i kamperem nr 3) i pakowaliśmy nasze życie w Berlinie do pudeł, żeby zwolnić mieszkanie. I tak, po zdaje się kolejnych przysłowiowych 5 minutach, siedziałam w naszym 30-letnim kamperze i dopiero wtedy doszło do mnie, że moim domem oficjalnie jest samochód. Fala szczęścia, która mnie uderzyła, była niesamowita, bo właśnie zrealizowałam plan, który zawsze siedział gdzieś z tyłu mojej głowy. No właśnie, ten plan… Doświadczenie w drodze z Mią miałam spore. Kiedy skończyła roczek, zabrałam ją do Australii, gdzie prowadziłam warsztaty z fotografii kulinarnej. Kiedy miała 2 lata, pojechałyśmy na długie tygodnie do Nowej Zelandii, gdzie wspólnie kempingowałyśmy na dziko w 50-letnim kamperze. Po powrocie kupiłam swojego pierwszego kampera, który niemalże rozchodził się w szwach, i przez bite 5 miesięcy jeździłyśmy nim po Europie. Ja i Mia, tata dojeżdżał od czasu do czasu, na chwilę. To, czego nie wzięłam pod uwagę, to to, że matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w bezpiecznej odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko. Przestrzeń osobista jest w końcu ważna i potrzebna, nawet przez tę jedną godzinę dziennie. Za to trochę inaczej to wygląda, gdy do kampera wprowadził się Tomasz, zaś Mia przestała drzemać w ciągu dnia. Jak to w małżeństwie bywa, trzeba się dotrzeć, a kiedy przeprowadzasz się z mężem i dzieckiem do 12 mkw, trzeba ustalić pewne zasady, które są oczywiście nagminnie łamane przez tych, którzy ich nie wymyślali (Mię i Tomasza). W trakcie wcześniejszych lat podróżowania z Mią wypracowałam sobie pewne triki. Na przykład smażyłam rano wieżę naleśników i miałyśmy zawsze kilka na kolację i na przekąskę. Tomek zjada wszystkie naraz, więc trick jest nieaktualny. To samo tyczy się makaronu lub innego obiadu, który odgrzewałam następnego dnia. Mam też przekąski kryzysowe, bo zdarza się, że dziecko potrzebuje kawałka czekolady, by uświadomić sobie, że dziejąca się właśnie tragedia wcale nią nie jest. Tomek niczym pies myśliwski potrafi wszystkie wytropić i zjeść. Fakt ten oczywiście skrzętnie ukrywa. Jednak największym, bezczelnym i niewybaczalnym przewinieniem jest wykończenie kawy, również tej awaryjnej (tak, mam awaryjną, bo przezorny zawsze zabezpieczony, a życie przed kawą nie istnieje), i nie wspomni mi o tym. Prócz wielu mniejszych, mam jedną istotną wadę – jeśli nie wypiję rano filiżanki kawy, bez kija do mnie nie podchodź. Nie raz, nie dwa zdarzyło się niestety, że obudziłam się o 5 rano w środku lasu lub gdzieś na górze i okazało się, że kawy nie ma. Nie omieszkałam wówczas obudzić Tomasza i wypytać, gdzie ją schował. To, ile razy usłyszałam, że przecież wczoraj ją skończył i trzeba kupić nową (o czym nie wspomniał wcześniej), jest wprost nieprzyzwoite. Do najbliższej miejscowości jest 20 kilometrów, dziecko śpi, więc nie wypada go budzić dla filiżanki kawy, a ty masz w głowie setki planów zemsty. Sytuacja powtarza się nagminnie, więc poważnie zaczynam zastanawiać się nad odstawieniem trunku, by ratować małżeństwo. „Matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko”. Jak wygląda życie w 12 mkw? Całkiem zwyczajnie. Jest śniadanie, obiad i kolacja, gotowanie i zmywanie. Jest zabawa z Mią i pogadanki. Oboje z Tomaszem pracujemy, z tym, że ja wstaję wcześnie rano i zaczynam pracę o 5-6 rano, zaś Tomasz ma zmianę wieczorną. To, co się zmieniło, to organizacja czasu. Nie ma mowy o jego marnowaniu, bo wybór jest prosty: albo czas z Mią, albo nadrabianie pracy. W naszym kamperze mamy wszystko, czego nam potrzeba. Prąd jest z solarów zamontowanych na dachu. Jest toaleta, jest też prysznic. Jest kuchenka, zlew i lodówka. Jest łóżko, które trzeba pościelić i powierzchnia, którą trzeba wysprzątać. Jest nawet mały poręczny odkurzacz, ręczny mikser do szejków i za dużo deskorolek na metr kwadratowy. Zmiana polega na tym, że w planie co kilka dni jest poszukiwanie wody i miejsca, gdzie tą zużytą można opróżnić. Codziennie szukamy też miejsca, gdzie możemy zaparkować na noc, bo lubimy zmiany i jeśli już żyje się w aucie, to trzeba z tego korzystać. Z ostatnim nie ma problemu, bo miejsca te są zazwyczaj na dziko i zazwyczaj są przepiękne, choć zdarza się i spanie na parkingu. To, co jest najtrudniejsze i zarazem najpiękniejsze w naszej sytuacji, to spędzanie ze sobą czasu 24/7, i to sporo tego czasu w niewielkiej przestrzeni. Okazuje się, że nie jest to trudne, ale potrzebne są pewne zasady (te nagminnie łamane). Na koniec dnia jest tak samo jak w domu, przyzwyczajasz się i staje się to dla ciebie normą. Mały metraż nie przeszkadza, widoki zachwycają, twój czas samemu (o tej 5 rano na zewnątrz kampera) staje się ulubioną rutyną. Moja rodzina ignoruje wschody słońca na rzecz snu. Obydwoje wychodzą z założenia, że im dłużej pośpią, tym lepiej dla nich i otoczenia. Więc to jest mój czas, na myślenie, na podziwianie świata, śmianie się na głos, kiedy zdam sobie sprawę, że siedzę właśnie na skale o 5 rano, popijam kawę i patrzę na ocean. A świat naokoło dopiero zacznie się budzić, albo jeszcze długo nie.
UWHCII.