Słowo opisujące przysłowia chińskie to “Chengyu”. Prawie wszystkie te zdania składają się z czterech znaków obrazkowego języka chińskiego. Każdy znak ma ogromne znaczenie. “Nieruchomy smok w głębokich. wodach staje się jedzeniem krabów”. -Przysłowie chińskie-. Jeśli coś charakteryzuje przysłowia chińskie, to ich
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić!!! Alice jest typową szarą myszką. Marzy o wielkiej miłości i powodzeniu u płci przeciwnej. Piękna i kapryśna siostra Stella zaprasza ją na wakacje. Krystalicznie czysta woda, błękitne niebo i skąpana w słońcu grecka wyspa to wszystko, czego jej potrzeba, żeby odpocząć od codzienności i problemów w pracy. Gdy Alice poznaje Mila, przystojnego ogrodnika na Kethos, po raz pierwszy czuje się wyjątkowa i pewna siebie. Czy to tylko magia wakacji i przelotny romans? A może to jednak prawdziwa miłość, która przetrwa wbrew wszystkiemu i wszystkim?
Wiele dziewcząt marzy o małżeństwie, reprezentuje przyszłego małżonka, życie rodzinne. Każda kobieta chce wiedzieć, kiedy i co będzie długo oczekiwanym ślubem. Czasami w snach można znaleźć wskazówkę. Aby to zrobić, pamiętajcie o marzeniach o małżeństwie io tym, jak odróżnić marzenie od innych. Co robi wesele Ups! Nie udało się znaleźć pożądanej strony. It looks like nothing was found at this location. Maybe try one of the links below or a search? Szukaj: Najnowsze wpisy Czas na zmiany Najczęściej używane kategorie Hiszpania (1) ArchiwumTry looking in the monthly archives. :) Archiwum Information and translations of marzysz in the most comprehensive dictionary definitions resource on the web. Login . The STANDS4 Network. ABBREVIATIONS; ANAGRAMS; zapytał(a) o 18:01 Czy zgadzacie się z sentencją: " Uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają"? Najlepiej prosiłabym o wypowiedź z wiedziałam do jakiej kategorii dać, jak coś to przenieście. To pytanie ma już najlepszą odpowiedź, jeśli znasz lepszą możesz ją dodać 1 ocena Najlepsza odp: 100% Najlepsza odpowiedź Tak! Tylko niestety wydaje mi się, że te złe przeczucia i życzenia mają większą moc. Może to kwestia mojego pesymizmu... Ale tak czy siak należy na to uważać, bo cały świat zbudowany przez człowieka jest niczym innym jak projekcją jego myśli. Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 18:08 Zgadzam się. Nie wszystkie nasze marzenia są przemyślane i dające się spełnić w takiej formie w jakieś sobie wymyśliliśmy. Wiele z nich wychodzi pod wpływem chwili, a potem może się okazać, że nie jesteśmy gotowi na wejście w rzeczywistość. MaarTi odpowiedział(a) o 18:58 Zgadzam się aczkolwiek nie wszystkie. Te przemyślane zazwyczaj tak, z naszym wkładem oczywiście. Bo te, jak sie spotkałam z taką nazwą "głupie" raczej nie. Ja uważam, że marzenia nie są głupie tylko czasami nieprzemyślane, dziecinne, ale dla każdego co innego ma większą wartość. Mi nawet spadające gwiazdy nie pomogły. Może to po prostu nie było mi pisane ;) Warto wierzyć, że marzenia się spełniają, ja je spełniam w dużej mierze modlitwą. chociaż nie jestem jakąś zagorzałą katoliczką ;) foante odpowiedział(a) o 04:13 No jasne, ja ogólnie uznaję te metafizyczne ideolo, zwane również [CENZURA]. No dobra, po prostu - w New Age'owe paradygmaty. Ale też jest odrębne od tego pojęcie samospełniającej się przepowiedni, które już z marzeniem nie ma za wiele wspólnego. W każdym razie, a niech ludzie marzą i o pozornie najgorszych okropnościach. Najwidoczniej taka jest potrzeba ducha, bytu, czy czegoś tam i tyle. I niech się pali, niech się jara, byle w dupie była para (za Heleną Paździoch). blocked odpowiedział(a) o 09:19 Nie zgadzam się z tą sentencją ponieważ marzenia się nie spełniają. fika00 odpowiedział(a) o 16:43 Odpowiem swoim własnym przykładem. Mam 46 lat, pracuję w ochronie, pilnuję w supermarkecie. Mam dużo czasu na rozmyślania i marzenia. Któregoś dnia chodząc tak alejkami między towarem wypowiedziałem ni to marzenie, ni pobożne życzenie: chcę porozmawiać z moją pierwszą miłością (piękna dziewczyna ale dwadzieścia lat wstecz, długie rozmowy, przyjaźń, niespełniona miłość i jakieś głupie rozstanie) powiedziałem też: fajnie by było gdybym miał z nią dziecko (cholernie głupie, ale to miało być przecież tylko zwykłe marzenie, za to przecież nikt nie karze, marzyć każdy może, nie?). Minęło dwa miesiące i na Naszej Klasie odzywa się obca dziewczyna: znam E... ona chce się z tobą skontaktować, moje serce mało nie wyskoczyło. Później był telefon i rozmowa właśnie z nią, (po dwudziestu latach!) i te jej słowa: J... mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia: D... jest twoją córką, ma twoje oczy, twoje włosy i bardzo chce cię poznać. Doznałem szoku, nie byłem gotowy na taką rzeczywistość. Teraz oswoiłem się już z tym i jestem szczęśliwy jak nikt na świecie. Marzę dalej, ale moje marzenia są lepiej sprecyzowane, chociaż jeszcze bardziej zuchwałe. Uważasz, że ktoś się myli? lub
Uważaj o czym marzysz Kobi co chwilę rozprasza mnie swoją obecnością. Z dziwnie wrodzonym instynktem opiekuńczym sprawdzam co gryzie, gdzie idzie i jak się czuje.
Copyright © Victoria Connelly 2013Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo powieść w całości stanowi fikcję literacką. Występujące w niej nazwiska, bohaterowie i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych zarówno żyjących, jak i nieżyjących, do wydarzeń czy społeczności lokalnych jest całkowicie przypadkowe. Victorii Connelly przysługuje moralne prawo do uznania autorstwa niniejszego oryginalny: Wish You Were HereTłumaczenie: Regina MościckaRedakcja: Ewa KosibaKorekta: Anna PonikiewskaProjekt graficzny okładki: Studio KARANDASZZdjęcie na okładce: Androniki Papadimitriou, Maksim Shmeljov; Dotshock/ prowadząca: Barbara FilipekRedaktor naczelna: Agnieszka HetnałWydawnictwo Pascal sp. z Zapora 2543-382 2014ISBN 978-83-7642-489-7eBook maîtrisé parAtelier Du ChâteauxBobowi i Annie z najserdeczniejszymi pozdrowieniamiPo­dzię­ko­wa­niaDla mo­je­go świet­ne­go ze­spo­łu, na któ­re­go wspar­cie za­wsze mo­głam li­czyć: De­bo­rah Wri­ght, Ca­ro­li­ne Mac­kworth Pra­ed, Ruth Sa­ber­ton, Brid­get i Gael, oraz dla mo­je­go męża, Roya, któ­ry musi wie­le zno­sić, gdy je­stem w trak­cie pi­sa­nia książ­ki!Dla cu­dow­nej Leah Fle­ming i Al­lie Spen­cer za wska­zów­ki na te­mat Gre­ rów­nież Wen­dy Hol­den, Fio­nie Dun­bar, Brin i He­len, An­drei Jo­nes, An­net­te Gre­en, Da­vi­do­wi Smi­tho­wi, Ca­ro­li­ne Hogg oraz ca­łe­mu ze­spo­ło­wi z wy­daw­nic­twa po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się Ale­xan­drze Ga­la­ni za to, że po­zwo­li­ła mi wy­ko­rzy­stać swo­je na­zwi­sko – ko­lej­ny raz!Dzię­ku­ję też fan­ta­stycz­nym lu­dziom z Nor­wich: Si­mo­no­wi i Li­sie Lud­kin, Ro­ge­ro­wi i Anne Betts, Jane McIn­nes i Vic­ky Gre­en oraz Ro­ber­to­wi We­lto­no­wi z Jar­rold’ tak­że moim dro­gim czy­tel­ni­kom i przy­ja­cio­łom z Twit­te­ra i Fa­ce­bo­oka, któ­rzy prze­sy­ła­ją mi wspa­nia­łe wia­do­mo­ści – je­ste­ście nie­sa­mo­wi­ci!Pro­logNa jed­nej z ma­leń­kich grec­kich wy­se­pek, w sa­mym ser­cu Mo­rza Śród­ziem­ne­go, wzno­si się wil­la Ar­gen­ti. Nie­pew­nie przy­wie­ra do wy­so­kie­go, stro­me­go kli­fu, któ­ry na­gle gwał­tow­nie opa­da, po­grą­ża­jąc się w nie­bie­sko­zie­lo­nych wo­dach. Bu­dy­nek ten jest dość oso­bli­wy, ra­czej nie­fo­rem­ny i znisz­czo­ny. Jego naj­star­szą część da­tu­je się na wiek czter­na­sty, resz­ta zaś zo­sta­ła do­bu­do­wa­na przez ko­lej­ne po­ko­le­nia wła­ści­cie­li, wśród któ­rych był wło­ski ksią­żę, dwóch grec­kich po­ten­ta­tów oraz trzy gwiaz­dy roc­ka. Wil­lę zdo­bią basz­ty i wie­życz­ki, wspa­nia­łe drew­nia­ne drzwi oraz okna, któ­re świet­nie pa­so­wa­ły­by jako de­ko­ra­cja któ­re­goś z we­nec­kich pa­ła­ców. Ogól­ny efekt jest nie­co za­ska­ku­ją­cy, lecz bar­dzo przy­jem­ny dla to nie sama re­zy­den­cja jest tym, co przy­cią­ga tu­ry­stów, lecz ota­cza­ją­ce ją ogro­dy. Krą­ży opi­nia, że na­le­żą one do naj­pięk­niej­szych w ca­łym re­gio­nie śród­ziem­no­mor­skim. Być może wy­ni­ka to z ich nie­co­dzien­ne­go cha­rak­te­ru. Nie za­zna­cza­ją swej obec­no­ści krzy­kli­wie i de­mon­stra­cyj­nie jak w przy­pad­ku in­nych atrak­cji tu­ry­stycz­nych – wręcz prze­ciw­nie, je­dy­nie wa­bią ku­szą­cym kli­ma­tem i dla­te­go lu­dzie prze­waż­nie tra­fia­ją do nich przez przy­pa­dek bądź z po­le­ce­nia in­nych.„Czy wi­dzie­li­ście już ogro­dy w wil­li Ar­gen­ti? Jesz­cze nie? W ta­kim ra­zie mu­si­cie, ko­niecz­nie mu­si­cie je zo­ba­czyć!”.Ich ozdo­bą są dłu­gie cie­ni­ste ale­je, ską­pa­ne w słoń­cu ta­ra­sy i so­czy­ste zie­lo­ne traw­ni­ki, a tak­że ka­mien­ne świą­ty­nie, ce­ra­micz­ne do­ni­ce z wy­le­wa­ją­cym się z nich ja­skra­wym kwie­ciem i fon­tan­ny, któ­re chło­dzą po­wie­trze lek­ką wod­ną mgieł­ką. Naj­więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem cie­szy się za­ką­tek o na­zwie Ogród Bo­giń, w któ­rym wzno­szą się wspa­nia­łe po­są­gi. Usta­wio­no je w na­le­ży­tej od­le­gło­ści od sie­bie, co skła­nia zwie­dza­ją­cych do spa­ce­rów po­mię­dzy nimi w peł­nej sza­cun­ku ci­szy. To wła­śnie tam, tuż obok drze­wa cy­pry­so­we­go, stoi Ar­te­mi­da, bo­gi­ni ło­wów, z dwo­ma wier­ny­mi psa­mi my­śliw­ski­mi u stóp. Nie­opo­dal sta­wu wi­dać De­me­ter, pa­tron­kę żniw, trzy­ma­ją­cą w ręku kłos zbo­ża. Jest też Ate­na, Hera oraz Iris. Ale do­pie­ro gdy do­trze się na sam kra­niec ogro­du, na­po­ty­ka się naj­słyn­niej­szą z bo­giń – ską­pa­ną w słoń­cu i oto­czo­ną krze­wa­mi róż Afro­dy­tę, bo­gi­nię mi­ło­ści i pięk­ ten ma w so­bie coś wy­jąt­ko­we­go, co wy­róż­nia go spo­śród ty­się­cy in­nych ka­mien­nych wi­ze­run­ków bo­gi­ni, na któ­re moż­na się na­tknąć w ca­łej Gre­cji. Po­cząt­ko­wo trud­no to do­strzec, po­nie­waż na po­zór przy­po­mi­na inne fi­gu­ry – wi­dać opa­da­ją­ce na ple­cy loki, zwiew­ne je­dwab­ne sza­ty, któ­re z le­d­wo­ścią za­kry­wa­ją po­wab­ne kształ­ty, oraz ręce wznie­sio­ne do góry, by od­gar­nąć wło­sy z twa­rzy. A mimo to od razu przy­cią­ga wzrok. Jest w nim coś ma­gne­tycz­ne­go, a na­wet – jak twier­dzą nie­któ­rzy – ma­gicz­ne­go. Afro­dy­ta ma oczy z ka­mie­nia, a mimo to wy­da­je się wszyst­ko wi­dzieć, a przy tym uśmie­cha się, zu­peł­nie jak­by była w sta­nie spoj­rzeć w przy­szłość i prze­wi­dzieć, co się wy­da­ tak wła­śnie 1Alice Ar­cher pierw­sza przy­zna­ła­by, że nie jest pięk­na. Miła – być może. Ale w żad­nym wy­pad­ku pięk­na. Sło­wo to o wie­le bar­dziej pa­su­je do ko­goś ta­kie­go jak jej sio­stra Stel­la, ob­da­rzo­na przez na­tu­rę blond wło­sa­mi, wy­sta­ją­cy­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi i fi­gu­rą w kształ­cie klep­sy­dry. W obec­no­ści sio­stry Ali­ce wta­pia­ła się w tło. Ali­ce – przy­zwo­it­ka. Ali­ce – gra­ją­ca dru­gie skrzyp­ce. Ali­ce – sio­stra Stel­li. Ni­g­dy po pro­stu Ali­ce. Nie żeby jej to spe­cjal­nie prze­szka­dza­ło, sko­ro tak na­praw­dę ni­g­dy nie chcia­ła znaj­do­wać się w cen­trum uwa­gi. O wie­le bar­dziej wo­la­ła ob­ser­wo­wać, jak prze­ży­wa­ją ży­cie inni lu­ tak trud­no zro­zu­mieć to, co się jej przy­da­rzy­ za­czę­ło się pew­ne­go cał­kiem zwy­czaj­ne­go dnia w po­ło­wie lu­te­go. War­to pod­kre­ślić, że dzień ten w przy­pad­ku Ali­ce był rze­czy­wi­ście zwy­czaj­ny – za­wsze w ten spo­sób trak­to­wa­ła wa­len­tyn­ki. Obu­dzi­ła się ran­kiem w nie­wiel­kim dom­ku sze­re­go­wym, w któ­rym miesz­ka­ła, drżąc z zim­na, bo po raz ko­lej­ny ze­psuł się pie­cyk, a te­raz przy­go­to­wy­wa­ła się do wyj­ścia do pra­cy.„Nie spoj­rzę na wy­cie­racz­kę” – obie­ca­ła so­bie w du­chu, idąc do kuch­ni na śnia­da­nie. „I tak nie ma tam żad­nych kar­tek wa­len­tyn­ko­wych, a ja nie za­mie­rzam się z tego po­wo­du mar­twić”.Mimo to nie mo­gła się po­wstrzy­mać, żeby nie zer­k­nąć w dół. Jak moż­na się było spo­dzie­wać, wy­cie­racz­ka była pu­sta – nie le­żał na niej ani je­den do­wód skry­te­go uwiel­bie­nia czy nie­odwza­jem­nio­nej mi­ło­ ozna­cza­ło to, że Ali­ce nie spo­ty­ka­ła na swej dro­dze zbyt wie­lu męż­czyzn. Wręcz prze­ciw­nie, ota­cza­li ją ze wszyst­kich stron. Pro­blem jed­nak w tym, jacy to byli męż­czyź­ni. Nie mo­gła oprzeć się tej my­śli, wy­cho­dząc z domu i do­strze­ga­jąc li­sto­no­sza Wil­fre­da, któ­ry szedł spa­cer­kiem po pod­jeź­dzie, zu­peł­nie jak­by dys­po­no­wał nie­skoń­czo­ną ilo­ścią cza­su, a roz­no­sze­nie li­stów było ostat­nią rze­czą na jego gło­wie. Był już do­brze po pięć­dzie­siąt­ce i miał chy­ba naj­bar­dziej za­ro­śnię­tą twarz ze wszyst­kich, ja­kie Ali­ce kie­dy­kol­wiek w ży­ciu wi­dzia­ła – oka­za­łe, gę­ste bo­ko­bro­dy spra­wia­ły wra­że­nie, że cały jest po­ro­śnię­ty fu­trem. Za­wsze przy­po­mi­nał jej na wpół prze­obra­żo­ne­go wil­ko­ła­ka.– Dzień do­bry, Wil­fre­dzie – po­zdro­wi­ła go z naj­ja­śniej­szym uśmie­chem, na jaki tyl­ko mo­gła się zdo­być w po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek.– Dzień do­bry, Ali­ce – od­po­wie­dział. – Dziś tyl­ko ra­chun­ki. Za gaz i kar­tę kre­dy­to­wą.– To do­brze – od­par­ła. Nie przy­wią­zy­wa­ła więk­szej wagi do tego, że Wil­fred wie wszyst­ko o jej ży­ciu oso­bi­stym. Gdy­by była li­sto­no­szem, pew­nie też wie­dzia­ła­by ta­kie rze­czy. To nie­wąt­pli­wie była część jego pra­cy.– Nie do­sta­łaś żad­nych wa­len­ty­nek? – za­py­tał.– Praw­dę mó­wiąc, wca­le się ich nie spo­dzie­wa­łam.– To już trze­ci rok z rzę­du, do­brze li­czę?Ali­ce wes­tchnę­ła. Cza­sa­mi Wil­fred miał zde­cy­do­wa­nie za do­brą pa­ za­trzy­mał się na chwi­lę na chod­ni­ku, za­gra­dza­jąc jej przej­ście. Wte­dy zo­rien­to­wa­ła się, że nie obę­dzie się bez pro­ble­mów.– Mój ka­szel po­wró­cił – oznaj­mił.– Na­praw­dę? – zdzi­wi­ła się Ali­ce, do­sko­na­le zna­jąc hi­sto­rię kasz­lu Wil­fre­da.– Zno­wu by­łem u le­ka­rza. Kom­plet­na stra­ta cza­su.– gło­śno za­ka­słał.– Sły­szysz? – spy­tał. – Jak mi tam grze­cho­ce?Ali­ce po­tak­nę­ła.– No wła­śnie – do­dał. – To nie może być nic do­bre­ nie mia­ła za­mia­ru po­wie­dzieć na głos, że dwa­dzie­ścia pa­pie­ro­sów wy­pa­la­nych przez nie­go dzien­nie z pew­no­ścią mu nie słu­ży, bo wie­dzia­ła, że on i tak jej nie po­słu­cha.– No cóż, źli nie za­zna­ją spo­czyn­ku – po­wie­dział i po­wlókł się da­lej. – O, pa­trz­cie pań­stwo – zmie­nił te­mat – dru­gie we­zwa­nie do za­pła­ty dla pani Ba­tes spod nu­me­ru dwa­dzie­ścia dwa. I ka­ta­log bie­li­zny. Czy ona nie jest już na coś ta­kie­go za sta­ra?Ali­ce prze­wró­ci­ła ocza­ był zwy­kle pierw­szym mę­skim osob­ni­kiem, ja­kie­go spo­ty­ka­ła w cią­gu ca­łe­go dnia. Dru­gi to Bru­ce z przy­stan­ku, któ­ry i tym ra­zem stał na swo­im miej­scu w dłu­gim ciem­nym pro­chow­cu i z tecz­ką w ręku. Ski­nę­ła gło­wą w jego kie­run­ku, a on zro­bił to samo. I to wszyst­ko, jak zwy­kle. Ali­ce cho­dzi­ła z Bru­ce’em do szko­ły, ale nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia, gdyż wte­dy też tyl­ko ki­wa­li so­bie gło­wa­mi bez sło­wa. Uwa­ża­ła, że jest dość przy­stoj­ny z tymi krót­ki­mi ja­sny­mi wło­sa­mi i orze­cho­wy­mi ocza­mi. Ale miał w so­bie coś ze zło­śliw­ca i po­nu­ra­ka, a ta­kie ce­chy ni­g­dy jej nie po­cią­ga­ koł­nierz swo­je­go zi­mo­we­go płasz­cza, trzę­sąc się z zim­na. West Car­le­ton, jed­na z ma­leń­kich miej­sco­wo­ści w Nor­fol­ku, la­tem na­le­ża­ła do naj­pięk­niej­szych za­kąt­ków na świe­cie. Oto­czo­na szma­rag­do­wy­mi po­la­mi, gę­sty­mi chłod­ny­mi la­sa­mi oraz za­trzę­sie­niem ko­ścio­łów o okrą­głych wie­żach i li­co­wa­nych krze­mie­niem mu­rach, spra­wia­ła wra­że­nie jak z baj­ki. Jed­nak w środ­ku zimy, gdy wdzie­rał się do niej z wy­ciem wiatr znad mo­rza, roz­pę­dziw­szy się po bez­kre­snych po­lach, miej­sce to sta­wa­ło się bar­dzo nie­przy­jem­ne. Wte­dy Ali­ce ża­ło­wa­ła, że sprze­da­ła sa­mo­chód i musi te­raz zno­sić na przy­stan­ku prze­szy­wa­ją­ce do szpi­ku ko­ści zim­no lu­to­we­go po­ran­ pół­go­dzin­nej jeź­dzie au­to­bu­sem do­tar­ła do cen­trum Nor­wich, gdzie pra­co­wa­ła w dzia­le HR spół­dziel­ni bu­dow­la­nej. Nie prze­pa­da­ła za swo­ją pra­cą, cho­ciaż mia­ła ona też swo­je do­bre stro­ny, szcze­gól­nie dla oso­by tak do­cie­kli­wej jak ona. Nikt, rzecz ja­sna, nie po­dej­rze­wał jej o wścib­stwo. Była pra­co­wi­ta i spo­koj­na – in­ny­mi sło­wy, cał­ko­wi­cie poza po­dej­rze­nia­mi. Ali­ce czę­sto uśmie­cha­ła się pod no­sem na myśl o taj­nych in­for­ma­cjach, ja­kie uda­ło się jej zdo­być.– O, Ali­ce, czy mo­żesz mi przy­nieść akta Mar­ti­na Ka­pin­sky’ego? – po­pro­sił jej szef, Lar­ry Ba­xter, gdy tyl­ko we­szła do biu­ra. Miał pięć­dzie­siąt czte­ry lata, miesz­kał w jed­nej z prze­cznic New­mar­ket Road, w ele­ganc­kiej dziel­ni­cy na krań­cu mia­sta, wziął w ze­szłym roku trzy dni zwol­nie­nia le­kar­skie­go, a jego zna­kiem zo­dia­ku był Strze­lec. To jed­na z za­let pra­cy w dzia­le HR – ła­twy do­stęp do róż­ne­go ro­dza­ju uży­tecz­nych in­for­ma­cji.– Po­se­gre­gu­ję do­ku­men­ty – mó­wi­ła zwy­kle ko­le­żan­kom, kie­dy chcia­ła się do­wie­dzieć cze­goś o któ­rymś z męż­czyzn. Na przy­kład w ze­szłym roku, po tym jak Phi­lip Bra­dy za­pro­sił ją na ko­la­cję. Pra­co­wał w dzia­le sprze­da­ży, miał kru­czo­czar­ne wło­sy i był wy­jąt­ko­wo cza­ru­ją­cy. Tuż przed rand­ką, w prze­rwie po­mię­dzy swo­imi obo­wiąz­ka­mi Ali­ce po­śpiesz­nie spraw­dzi­ła jego akta. Za­uwa­ży­ła, że po­bie­rał bar­dzo do­brą pen­sję, wcze­śniej pra­co­wał w dwóch in­nych miej­scach, a z eg­za­mi­nów GCSE1) miał aż dzie­więć naj­wyż­szych not. Nie­ste­ty, za­po­mnia­ła przyj­rzeć się bli­żej jego oświad­cze­niom o po­wo­dach nie­obec­no­ści w pra­cy. Gdy­by to zro­bi­ła, do­strze­gła­by, że wziął sześć po­je­dyn­czych dni urlo­pu z po­wo­du do­le­gli­wo­ści zwią­za­nych z ze­spo­łem je­li­ta draż­li­we­go. Mia­ła­by wte­dy szan­sę przy­go­to­wać się du­cho­wo na ich wspól­ny wie­czór i licz­ne mo­men­ty, gdy zo­sta­wa­ła sama przy re­stau­ra­cyj­nym sto­ GCSE – eg­za­min zda­wa­ny w trak­cie pią­te­go roku na­uki w szko­le śred­niej w An­glii, Wa­lii i Ir­lan­dii Pół­noc­nej (przyp. red.).Wy­do­by­ła akta Mar­ti­na Ka­pin­sky’ego i wrę­czy­ła je sze­fo­wi. Na­wet na nią nie spoj­rzał, gdy po­da­wa­ła mu do­ku­men­ty, ale była już do tego przy­zwy­cza­jo­na.– Na­dal cze­ka­my na jego re­fe­ren­cje – rzekł Lar­ry. – Za­dzwoń i przy­ci­śnij ich o akta Ali­ce, nie si­ląc się na­wet na cień uśmie­chu czy sło­wo po­dzię­ko­wa­nia. Odło­ży­ła je z po­wro­tem na pół­kę i usia­dła – nie­zau­wa­żo­na – przy swo­im biur­ku w rogu wiel­kiej sali typu open spa­ w tym mo­men­cie do środ­ka wszedł Ben Ale­xan­der. Pra­co­wał na sta­no­wi­sku do­rad­cy klien­ta, co zna­czy­ło, że Ali­ce nie ist­nie­je w jego świe­cie. Trze­ba jed­nak przy­znać, że przy­naj­mniej pró­bo­wał spra­wiać wra­że­nie, że ją ko­ja­rzy.– Cześć, Anno – po­wie­dział, na­wet na nią nie spoj­rzaw­szy. Nie mia­ła za­mia­ru go po­pra­wiać. I tak nie za­pa­mię­tał­by jej praw­dzi­we­go imie­ go, kry­jąc się za swo­im kom­pu­te­rem, gdy szedł w stro­nę biur­ka jej sze­fa. Miał ciem­no­ru­de wło­sy i nie­bie­sko­sza­re oczy. Za­ło­żył dziś gra­na­to­wą ko­szu­lę, przy któ­rej jego tę­czów­ki wy­da­wa­ły się jesz­cze ja­śniej­sze niż zwy­kle, co spra­wi­ło, że ser­ce Ali­ce lek­ko za­trze­po­ta­ło. Pod­ko­chi­wa­ła się w nim od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Było to zu­peł­nie nie­do­rzecz­ne, bo prze­cież ni­g­dy nie spoj­rzał­by na taką dziew­czy­nę jak ona. Za­da­wał się z fir­mo­wą eli­tą po­kro­ju Pip­py Da­nes, któ­ra mia­ła pla­ty­no­we blond wło­sy i nogi mo­del­ki. Ale cóż szko­dzi odro­bi­nę po­ma­ było jed­nak ina­czej, bo Ali­ce nie była w sta­nie zli­czyć, ile to już razy żyła na­dzie­ją, że może choć je­den je­dy­ny raz spoj­rzy na nią – na­praw­dę spoj­rzy – przy­stoj­ny męż­czy­zna. W ten spo­sób, że zdo­ła prze­bić się wzro­kiem przez jej nie­śmia­łość i zwy­czaj­ność. Tak, że zo­ba­czy kim na­praw­dę Ben wca­le jej nie wi­dział, na­wet gdy pa­trzył wprost na nią, wrę­cza­jąc jej zwol­nie­nie le­kar­skie pra­cow­ni­ka w celu do­łą­cze­nia do­ku­men­tu do akt.– Dzię­ki, Anno – rzu­cił, po czym wy­szedł z biu­ wsta­ła i po­szła do to­a­le­ty. Gdy za­my­ka­ła za sobą drzwi ka­bi­ny, do środ­ka we­szły dwie roz­chi­cho­ta­ne dziew­czy­ny z biu­ra.– Wi­dzia­łaś dziś Ali­ce? – za­py­ta­ła jed­na z nich.– Nie, a co? – zdzi­wi­ła się dru­ga.– Zno­wu ma nas so­bie ten okrop­ny sza­ry swe­ter.– O, nie! Ten zme­cha­co­ny?– Ten sam! Cała Ali­ce!Obie wy­bu­chły pi­skli­wym śmie­chem.– Naj­lep­sze jest to sta­re brą­zo­we cudo ze śmiesz­nym pa­skiem.– To, w czym wy­glą­da, jak­by zdechł na niej niedź­wiedź?Po­now­nie za­nio­sły się śmie­chem, spu­ści­ły wodę, a póź­niej umy­ły ręce i wy­ od­cze­ka­ła chwi­lę, za­nim opu­ści­ła swo­ją kry­jów­kę. Bar­dzo lu­bi­ła swój sza­ry swe­ter, bo był nie­zwy­kle prak­tycz­ny i wy­trzy­ma­ły. Jed­no­cze­śnie mu­sia­ła przy­znać, że jego roz­cią­gnię­te rę­ka­wy i wor­ko­wa­ty wy­gląd ra­czej nie do­da­ją uro­ku mło­dej, dwu­dzie­sto­ośmio­let­niej ko­bie­ się swo­je­mu od­bi­ciu w wi­szą­cym nad umy­wal­ką lu­strze. Mia­ła bla­dą twarz, a jej pro­ste, po­zba­wio­ne wy­ra­zu brą­zo­we wło­sy opa­da­ły ka­ska­dą na ra­mio­na. Je­dy­ną rze­czą na­praw­dę god­ną uwa­gi były błę­kit­ne oczy, ale ona ni­g­dy nie przy­wią­zy­wa­ła do tego wagi i wo­la­ła ukry­wać je w biu­rze za du­ży­mi oku­la­ra­mi w ciem­nych opraw­kach, zu­peł­nie nie dba­jąc o ta­kie szcze­gó­ły, jak kred­ka do po­wiek czy tusz do za­sta­na­wia­ła się, jak wy­glą­da­ła­by po zmia­nie wi­ze­run­ku. Lu­bi­ła oglą­dać w te­le­wi­zji pro­gram, w któ­rym za­bie­ra­no się do ja­kie­goś bez­na­dziej­ne­go przy­pad­ku z kosz­mar­ną fry­zu­rą i w roz­cią­gnię­tym swe­trze, i za­mie­nia­no go w kró­lo­wą pięk­no­ści. Gdy pa­trzy­ła na swój zme­cha­co­ny swe­ter i prak­tycz­ne buty na pła­skiej po­de­szwie, przy­szło jej do gło­wy, że pew­nie sama by się tam kwa­li­fi­ko­wa­ do swo­je­go biur­ka, mi­mo­wol­nie za­sta­na­wia­ła się, jak to jest być jed­ną z tych dziew­czyn, któ­re wie­dzą, jak się ubie­rać i ucze­sać. Jak czu­je się ko­bie­ta, któ­ra po­tra­fi spra­wić, że męż­czyź­ni się za nią oglą­da­ją i w niej za­ko­chu­ją?Ali­ce wes­tchnę­ła. Raz, choć je­den raz w ży­ciu chcia­ła­by po­czuć, jak to jest być pięk­ną!Roz­dział 2Wiesz, na czym po­le­ga twój pro­blem, Ali­ce?Ali­ce nie była pew­na, czy chce tego słu­chać, do­sko­na­le bo­wiem wie­dzia­ła, co po­wie Stel­la.– Zu­peł­nie ci nie za­le­ży. Po­patrz tyl­ko na sie­bie – rze­kła jej sio­stra, oskar­ży­ciel­sko ce­lu­jąc pal­cem w swe­ter, któ­ry Ali­ce mia­ła na so­bie.– Sza­ry! – nie­mal wy­plu­ła to sło­wo z ust, jak­by mia­ło pa­skud­ny smak.– Co jest złe­go w sza­rym? Jest te­raz bar­dzo mod­ny.– Na pew­no nie taki jak ten!Ali­ce ma­chi­nal­nie sku­ba­ła swój zme­cha­co­ny swe­ter, przy­glą­da­jąc się, jak Stel­la opa­da na ka­na­pę na­prze­ciw­ko niej i pa­ku­je łyż­kę do pu­deł­ka z lo­da­mi.– Mniej­sza z tym – cią­gnę­ła z usta­mi peł­ny­mi lo­dów cze­ko­la­do­wych. – Dla­cze­go przy­szłaś?Ali­ce wzię­ła głę­bo­ki od­dech, z góry wie­dząc, jak praw­do­po­dob­nie bę­dzie wy­glą­da­ła ich dal­sza roz­mo­wa.– Tata ma uro­dzi­ny za nie­ca­łe dwa ty­go­dnie, więc po­my­śla­łam so­bie…– Uro­dzi­ny? O nie, cał­kiem za­po­mnia­łam – przy­zna­ła Stel­la.– W ze­szłym roku też nie pa­mię­ta­łaś.– By­łam za­ję­ta.– Tak samo jak rok wcze­śniej.– Nie nudź, Ali­ce. Boże, je­steś jesz­cze gor­sza niż mat­ chwi­lę obie sio­stry sie­dzia­ły w mil­cze­niu, wspo­mi­na­jąc mamę, któ­rej zo­sta­ły tak okrut­nie po­zba­wio­ne, gdy Ali­ce mia­ła za­le­d­wie dwa­na­ście lat, a Stel­la tyl­ko osiem.– Prze­pra­szam, nie chcia­łam…– W po­rząd­ku – od­par­ła Ali­ce. – Nie po­win­nam była tak zrzę­ po­now­nie za­nu­rzy­ła łyż­kę w pu­deł­ku z lo­da­mi, pew­na, że jej się upie­kło, ale Ali­ce nie mia­ła za­mia­ru dać się jej tak ła­two wy­wi­nąć.– Więc co ro­bi­my? – za­py­ta­ła.– Z czym?– Z uro­dzi­na­mi taty!Stel­la wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, spusz­cza­jąc oczy, sta­ran­nie uni­ka­jąc wzro­ku sio­stry.– Coś mu­si­my zro­bić. W koń­cu nie co dzień koń­czy się sie­dem­dzie­siąt lat – na­ci­ska­ła Ali­ce.– Jezu, to ta­kie okrop­ne mieć sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go ojca – po­wie­dzia­ła Stel­la. – Co ta mama so­bie my­śla­ła?– Była w nim za­ko­cha­na – od­rze­kła Ali­ce. – A to do­brze dla nas, bo ina­czej nie by­ło­by na świe­cie ani mnie, ani cie­bie. A poza tym on wca­le nie był sta­ry, gdy się uro­dzi­ły­śmy, przy­naj­mniej jak na męż­czy­znę.– Moim zda­niem to fa­tal­nie, że fa­ce­ci mogą mieć dzie­ci aż do póź­nej sta­ro­ści.– Prze­cież tata był le­d­wo po czter­dzie­st­ce, gdy przy­szły­śmy na świat. Jak na tam­te cza­sy, nie był sta­ry, a dziś sie­dem­dzie­siąt lat wca­le nie ozna­cza sta­ro­ści. – Ali­ce za­mil­kła na mo­ment, wzdy­cha­jąc głę­bo­ko. – Zresz­tą nie­waż­ne. Po­my­śla­łam so­bie, że mo­gły­by­śmy go od­wie­dzić.– O nie, Ali­ce! – rze­kła szyb­ko Stel­la. – Wiesz, że nie zno­szę tego okrop­ne­go miej­sca! Śmier­dzi tam szpi­ta­lem i sta­ry­mi ludź­mi.– Sama kie­dyś się ze­sta­rze­jesz i też bę­dzie cię czuć – za­uwa­ży­ła Ali­ce.– Nie bądź wred­na!– Nie mu­si­my wca­le zo­sta­wać tam dłu­go. Po­my­śla­łam so­bie, że mo­gły­by­śmy go gdzieś za­brać.– Za­brać go? Tak po pro­stu, do lu­dzi? – za­py­ta­ła Stel­la z prze­ra­żo­ną miną.– Na­dal jest w sta­nie po­je­chać na je­den dzień nad mo­rze i zjeść lody. Jesz­cze nie umarł, nie za­po­mi­naj o tym!– Rów­nie do­brze mo­gło­by tak być. Jego mózg już nie żyje.– Nie­praw­da!– Ale ta­kie spra­wia wra­że­nie za każ­dym ra­zem, gdy go od­wie­dzam – nie dała się prze­ko­nać Stel­la.– A kie­dy ostat­nio u nie­go by­łaś?– Nie wiem. Nie pro­wa­dzę ewi­den­cji, jak to ty masz w zwy­cza­ju. I tak za­wsze by­łaś jego ulu­bie­ni­cą.– Jak mo­żesz tak mó­wić? To ty do­sta­łaś dom! – za­uwa­ży­ła Ali­ce, pod­no­sząc wzrok ku wy­so­kie­mu su­fi­to­wi wik­to­riań­skie­go bliź­nia­ka.– A więc za­zdro­ścisz mi domu, tak?– Nie, oczy­wi­ście, że nie.– Sama mó­wi­łaś, że chcesz miesz­kać na swo­im.– Masz ra­cję, Stel­lo. Chcę tyl­ko, że­byś cza­sa­mi od­wie­dzi­ła tatę. Może za­bra­ły­by­śmy go nad mo­rze? Za­wsze bar­dzo je lu­ tym mo­men­cie Ali­ce sta­nę­ły przed ocza­mi nie­koń­czą­ce się wa­ka­cje nad mo­rzem, na któ­re jeź­dzi­li całą ro­dzi­ną. Do Gre­at Yar­mo­uth, Black­po­ol, Ske­gness, Bri­gh­ton czy in­nych bry­tyj­skich ku­ror­tów, gdzie cu­dow­nie spę­dza­li czas, bu­du­jąc nie­sa­mo­wi­te zam­ki z pia­sku i po­chła­nia­jąc całe góry waty cu­kro­wej.– Przy­naj­mniej tyle mo­że­my dla nie­go zro­bić.– Bę­dzie strasz­nie zim­no – Stel­la wzdry­gnę­ła się te­atral­nie.– I co z tego? Cie­pło się ubie­rze­my!– Ale jak się tam do­sta­nie­my?– Sam z domu opie­ki za­pro­po­no­wał, że od­wie­zie nas na sta­cję.– Do po­cią­gu? Z jego wóz­kiem?– Oczy­wi­ście, że z wóz­kiem. Nie może już sam zbyt da­le­ko cho­dzić.– Rany, wca­le mi się to nie uśmie­cha – przy­zna­ła się Stel­la.– Wiem, ale czy nie mo­gła­byś cho­ciaż raz nie my­śleć tyl­ko o so­bie?– A cóż to mia­ło zna­czyć?– To, że spró­bo­wa­ła­byś dla od­mia­ny po­my­śleć o ta­cie i o tym, jak bar­dzo chciał­by nas obie zo­ba­czyć i spę­dzić z nami dzień – z dala od domu opie­ zmarsz­czy­ła nos.– Mo­gli­by­śmy po­je­chać two­im sa­mo­cho­dem – do­da­ła Ali­ce. – W koń­cu tata mó­wił, że mamy się nim dzie­lić.– No nie, Ali­ce! Kie­dy w koń­cu ku­pisz so­bie wła­sny? Naj­wyż­szy czas. Nie mo­żesz ocze­ki­wać, że inni lu­dzie będą wiecz­nie po­ma­gać ci w nie­zręcz­nych sy­tu­ wzdry­gnę­ła się na myśl, że ich oj­ciec zo­stał za­li­czo­ny do jed­nej z owych „nie­zręcz­nych sy­tu­acji”.– Kie­dy ostat­nio pro­si­łam cię o po­ży­cze­nie sa­mo­cho­du?– Mó­wię tyl­ko, że po­win­naś mieć swój.– Nie stać mnie na kup­no auta. Le­d­wo daję radę opła­cić czynsz i ra­chun­ki.– Nie wiem, co ty ro­bisz z pie­niędz­mi, sio­stro, na­praw­dę nie ugry­zła się w ję­zyk. Gdy­by Stel­la, za­miast do­stać wszyst­ko od ojca, mu­sia­ła sama się ru­szyć i po­szu­kać so­bie pra­cy na peł­ny etat, do­tar­ło­by do niej, jak cięż­ko żyje się w praw­dzi­wym świe­cie.– W koń­cu to jest sa­mo­chód taty – przy­po­mnia­ła jej Ali­ce.– Wiem o tym. Sta­ry grat. Po­wi­nien był mi ku­pić nowy. Nie mogę uwie­rzyć, że o tym nie po­my­ślał, za­nim prze­niósł się do domu opie­ki.– Miał waż­niej­sze rze­czy na gło­wie niż ku­po­wa­nie cór­ce no­we­go sa­mo­cho­du, gdy za­czął tra­cić pa­mięć.– A może po­ży­czysz sa­mo­chód od Ce­lii? Ona chy­ba ma ja­kąś wiel­ką te­re­nów­kę? – za­pro­po­no­wa­ła Stel­la, ma­jąc na my­śli naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę sio­stry.– Ma, ale cią­gle wozi dzie­cia­ki – za­uwa­ży­ła Ali­ce. – Ostat­nio pra­wie w ogó­le się nie wi­du­je­my. Cały czas jest za­ję­ta chłop­ca­mi. A poza tym tata nie chce wi­dzieć Ce­lii, tyl­ko cie­bie!Przez chwi­lę sie­dzia­ły w mil­cze­niu, a ich sło­wa wi­sia­ły cięż­ko w po­wie­trzu.– Słu­chaj – ode­zwa­ła się w koń­cu Ali­ce – nie przy­szłam po to, żeby się z tobą kłó­cić.– To do­brze, bo nie je­stem w na­stro­ju. Mia­łam okrop­ny dzień, je­śli chcesz wie­dzieć – po­wie­dzia­ła Stel­la z kwa­śną spoj­rza­ła na nią. Sio­stra była sa­mo­lub­na i iry­tu­ją­ca, lecz dziś wy­glą­da­ła ja­koś bla­do, więc obu­dzi­ły się w niej sio­strza­ne uczu­cia.– Co się sta­ło? – za­py­ta­ błę­kit­ne oczy Stel­li jak na za­wo­ła­nie wy­peł­ni­ły się łza­mi.– Cho­dzi o Jo­ego! – wy­krzyk­nę­ła.– Co z nim?– Ze­rwał ze mną!– Bie­dac­two! – rze­kła Ali­ce, po­chy­la­jąc się ku niej na ka­na­pie i ści­ska­jąc jej rękę. – Co się sta­ło?– Po­wie­dział, że je­stem zbyt wy­ma­ga­ją­ca. Co to w ogó­le ma zna­czyć?– To zna­czy, że po­świę­casz dużo cza­su…– Daj spo­kój, prze­cież znam to sło­wo. Ale ja wca­le nie je­stem wy­ma­ga­ją­ca! Od dwóch ty­go­dni nie by­łam u fry­zje­ra. Dwa bite ty­go­dnie! A po­patrz na moje pa­znok­cie!Ali­ce rzu­ci­ła okiem na jej nie­ska­zi­tel­ne dłu­gie pa­znok­cie w szkar­łat­nym ko­lo­rze.– Po­za­dzie­ra­ne i z od­pry­ska­mi, ale ja­koś wy­trzy­mam do ju­trzej­szej wi­zy­ty u ko­sme­tycz­ki. Py­tam się więc – czy to jest ozna­ka by­cia wy­ma­ga­ją­cym?– Ale…– Po­wie­dział mi też, że nie cie­szą mnie pro­ste rze­czy w ży­ciu. I to tyl­ko dla­te­go, że nie chcia­łam z nim po­je­chać na ja­kieś bez­na­dziej­ne wa­ka­cje na kem­pin­gu. Po­wiedz tyl­ko, któ­ra zdro­wa na umy­śle dziew­czy­na mia­ła­by ocho­tę spać w na­mio­cie? Na go­łej zie­mi?Ali­ce przy­po­mnia­ła so­bie Jo­ego. Był ty­pem spor­tow­ca o ra­mio­nach sil­nych jak u al­pi­ni­sty i atle­tycz­nej bu­do­wie cia­ła. Mo­gła­by zna­leźć do­wol­ną licz­bę dziew­czyn, któ­re od­da­ły­by wszyst­ko, żeby tyl­ko spę­dzić z nim noc pod na­mio­tem. Ale nie jej sio­stra. Ją za­do­wo­lił­by tyl­ko co naj­mniej pię­cio­gwiazd­ko­wy ho­tel.– To zwy­kły drań – do­po­wie­dzia­ła Stel­ wes­tchnę­ła. Joe w żad­nym wy­pad­ku nie był dra­niem. Ali­ce na­wet go lu­bi­ła, ale i tak z góry wie­dzia­ła, co się wy­da­rzy – naj­praw­do­po­dob­niej zmę­czą go ka­pry­sy Stel­li i jej nie­ustan­ne flir­ty. Jak­by na do­wód tego nie dało się nie za­uwa­żyć, że na ko­min­ku sta­ło rzę­dem pięć wa­len­tyn­ko­wych kar­tek. Aż pięć! Od kogo je do­sta­ła? Ali­ce z ła­two­ścią mo­gła so­bie wy­obra­zić, jak Stel­la flir­tu­je z każ­dym z ich nadaw­ców z osob­na.– Aku­rat za­re­zer­wo­wa­li­śmy wa­ka­cje w Gre­cji – cią­gnę­ła Stel­la, gło­śno po­cią­ga­jąc no­sem. – Tak się na nie cie­szy­łam. Joe wie­dział, jak bar­dzo po­trzeb­ny mi od­po­czy­ za­mru­ga­ła ze zdu­mie­nia, za­sta­na­wia­jąc się, od cze­go tak na­praw­dę mia­ła­by od­po­czy­wać jej sio­stra.– I co zro­bisz? – za­py­ta­ła.– Na pew­no nie po­zwo­lę, żeby prze­pa­dły. Joe od­dał mi bi­le­ty, bo pew­nie bał się, że zro­bię mu awan­tu­rę. Zo­bacz wsta­ła, by wziąć ze sto­łu bro­szu­rę, któ­rą rzu­ci­ła na ko­la­na Ali­ce.– Stro­na osiem­na­ prze­kart­ko­wa­ła fol­der w po­szu­ki­wa­niu wła­ści­we­go miej­sca, po czym aż gwizd­nę­ła z po­dzi­wu na wi­dok prze­pięk­nej bia­łej wil­li o ja­sno­nie­bie­skich okien­ni­cach, z ba­se­nem i ta­ra­sem z wi­do­kiem na mo­rze. Na pew­no nie była to ty­po­wa grec­ka wy­spa na­sta­wio­na wy­łącz­nie na tu­ry­stów, peł­na ha­ła­śli­wych klu­bów noc­nych i ba­rów. Wy­glą­da­ła na ci­chą i ele­ganc­ką – ide­al­ne schro­nie­nie przed świa­tem. Trze­ba przy­znać, że Joe miał do­bry gust – wy­spa pre­zen­to­wa­ła się re­we­la­cyj­nie.– Mu­sisz po­je­chać ze mną, Ali­ce!– Co ta­kie­go?– Mu­sisz się wy­brać ze mną. Nie mogę je­chać sama, za­nu­dzi­ła­bym się na śmierć. Pro­si­łam już Lily i Becks, ale one nie mogą. Py­ta­łam na­wet Jess, choć wca­le jej nie lu­bię, ale ona też od­mó­wi­ła. Zo­sta­łaś tyl­ko ty. Nie mu­sisz za nic pła­cić, cho­ciaż mo­gła­byś mi ku­pić ja­kiś pre­zent w po­dzię­ko­wa­niu. Wi­dzia­łam ostat­nio prze­pięk­ny kasz­mi­ro­wy swe­ter, bar­dzo by mi się taki przy­dał. Pro­szę, po­wiedz, że po­je­dziesz!Ali­ce za­gry­zła war­gę. Nad czym się tu­taj za­sta­na­wiać? Ty­dzień cu­dow­ne­go słoń­ca na uro­czej grec­kiej wy­spie, z dala od po­nu­rej aury Nor­fol­ku i biu­ro­wych pro­ble­mów. Do­kład­nie tego było jej trze­ba.– Pro­szę, Ali­ce! Wiem, że ni­g­dy byś so­bie nie wy­ba­czy­ła, że jadę na wa­ka­cje sama jak pa­lec! W ży­ciu nie po­zwo­li­ła­byś na coś ta­kie­go, praw­da?Ali­ce spoj­rza­ła na sio­strę. Była bar­dzo do­bra w prze­ko­ny­wa­niu in­nych, by ro­bi­li to, co chcia­ła. Ali­ce oczy­wi­ście mia­ła za­miar się zgo­dzić, ale nie dla­te­go, że Stel­la pró­bu­je wy­wo­łać w niej po­czu­cie winy. Bar­dzo chcia­ła po­je­chać, lecz jed­no­cze­śnie przy­szło jej do gło­wy, że może wy­ko­rzy­stać te wa­ka­cje jako kar­tę prze­tar­go­wą.– No nie, Ali­ce! Będę taka nie­szczę­śli­wa, je­śli po­ja­dę sama! – cią­gnę­ła Stel­la z gro­bo­wą unio­sła do góry ręce w ge­ście rze­ko­mej ka­pi­tu­la­cji.– Do­brze – zgo­dzi­ła się – wy­bio­rę się z tobą. Ale pod jed­nym wa­run­kiem.– Ja­kim? – chcia­ła wie­dzieć Stel­la.– Po­je­dziesz ze mną na uro­dzi­ny taty i po­sta­rasz się, żeby przy­jem­nie spę­dził ten wy­da­ła głę­bo­kie wes­tchnie­nie. Nie wy­glą­da­ła na uszczę­śli­wio­ną i przez chwi­lę Ali­ce oba­wia­ła się, że jej szan­taż nie za­dzia­ła. Ale uda­ło się.– W po­rząd­ku – oznaj­mi­ła wresz­cie Stel­la.– Sło­wo?– Sło­wo – po­twier­dzi­ła jej młod­sza sio­stra. – Po­ja­ 3Jedną z za­let miesz­ka­nia w Nor­fol­ku była bli­skość mo­rza i plaż, któ­re roz­cią­ga­ły się na pół­no­cy i na wscho­dzie. Do­jazd na wy­brze­że bez sa­mo­cho­du by­wał jed­nak kło­po­tli­wy, dla­te­go Ali­ce nie wy­bie­ra­ła się tam zbyt czę­sto. Dzi­siej­szy dzień sta­no­wił miłą od­mia­nę.– Do­brze, że Stel­la po­ży­czy­ła nam swój sa­mo­chód – po­wie­dział Ter­ry Ar­cher.– To jest twój sa­mo­chód, tato – za­uwa­ży­ła Ali­ gło­wą.– Nie, na pew­no na­le­ży do niej – stwier­dził, wska­zu­jąc gło­wą ró­żo­we fu­trza­ne kost­ki do gry za­wie­szo­ne na lu­ster­ mruk­nę­ła coś pod no­sem, a po­tem zdję­ła je i ci­snę­ła na tyl­ne sie­dze­nie.– Stel­la prze­pra­sza, że nie mo­gła się dziś po­ja­wić – rze­kła. – Bar­dzo chcia­ła tu wes­tchnie­nie ojca.– Ali­ce, nie mu­sisz kła­mać w imie­niu sio­stry. Wiem, jaka ona jest. Zda­ję so­bie spra­wę, że mogę ją zo­ba­czyć tyl­ko przy ja­kiejś spe­cjal­nej oka­zji, na przy­kład gdy po­trzeb­ny jej mój pod­pis.– Chy­ba nie mę­czy cię na­dal o pie­nią­dze? – za­py­ta­ła Ali­ce w osłu­pie­niu.– Tyl­ko wte­dy, gdy jej na to po­zwa­lam.– Tato!– Cza­sa­mi trud­no mi jej od­mó­wić, tak samo jak two­jej mat­ce. Jej też ni­g­dy nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć „nie”.– Ale mnie byś od­mó­wił? – spy­ta­ła Ali­ce z sze­ro­kim uśmie­chem.– Przede wszyst­kim, moja dro­ga, ty ni­g­dy nie pro­ uśmiech­nę­ła się do nie­go, skrę­ca­jąc w dro­gę wio­dą­cą wzdłuż wy­brze­ża, ale w środ­ku aż ki­pia­ła ze zło­ści na wspo­mnie­nie te­le­fo­nu, jaki ode­bra­ła dziś rano od sio­stry.– Ali­ce? – wy­chry­piał w słu­chaw­ce sła­by gło­sik.– Stel­la?Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki roz­le­gło się chrząk­nię­cie i po­now­nie ode­zwał się za­chryp­nię­ty głos.– Nie czu­ję się naj­le­piej. Chy­ba bie­rze mnie gry­ chcia­ła­by jej wie­rzyć – na­praw­dę chcia­ła­by – ale Stel­la mia­ła zwy­czaj pod­no­sić fał­szy­wy alarm za każ­dym ra­zem, gdy było jej to na rękę, więc trud­no było się zo­rien­to­wać, czy mówi praw­dę.– Le­żysz w łóż­ku? – za­py­ta­ła Ali­ce.– Tak – wy­chry­pia­ła Stel­la.– To do­brze. W ta­kim ra­zie wpad­nę, żeby za­brać sa­mo­chód.– Co? – krzyk­nę­ła.– Po­dob­no stra­ci­łaś słu­chaw­ce po­now­nie dało się sły­szeć chrząk­nię­cie.– Bo tak jest! Po co ci mój sa­mo­chód?– Na uro­dzi­ny taty. Je­śli le­żysz w łóż­ku, nie bę­dzie ci po­trzeb­ny – wy­ra­zi­ła swo­je zda­nie Ali­ce i na­tych­miast odło­ży­ła słu­chaw­ go­dzi­nę póź­niej Stel­la otwo­rzy­ła jej drzwi, wi­dać było, że wło­ży­ła spo­ro wy­sił­ku, żeby pie­czo­ło­wi­cie po­tar­gać so­bie wło­sy, ale nie dało się nie za­uwa­żyć, że pod szla­fro­kiem jest kom­plet­nie ubra­na, a na twa­rzy ma peł­ny ma­ki­jaż. Ali­ce nie za­mie­rza­ła jed­nak jej tego wy­ty­kać. Jed­no było pew­ne – nie mo­gła po­zwo­lić, żeby co­kol­wiek ze­psu­ło jej ten wy­jąt­ko­wy dzień, któ­ry mia­ła spę­dzić z oj­ miej­sco­wo­ści Be­xley-on-Sea nie dane było, co praw­da, szczy­cić się we­so­łym mia­stecz­kiem jak Gre­at Yar­mo­uth czy sze­ro­kim mo­lem jak Cro­mer, ale Ali­ce mia­ła nie­od­par­te wra­że­nie, że to wręcz dzia­ła na jej ko­rzyść. Było to sta­ro­mod­ne miej­sce z rzę­da­mi przed­po­to­po­wych pen­sjo­na­tów i pro­stą pro­me­na­dą, wzdłuż któ­rej sta­ły uro­cze małe bud­ki ofe­ru­ją­ce rybę z fryt­ka­mi i lody. Mia­stecz­ka ra­czej nikt nie na­zwał­by mek­ką tu­ry­stów ma­ją­cych za­miar zwie­dzać Nor­folk, ale chęt­nie przy­jeż­dża­li do nie­go miej­sco­wi, a Ali­ce bar­dzo je lu­bi­ sa­mo­chód na na­brze­żu i wci­snę­ła na gło­wę weł­nia­ną czap­kę. Gdy tyl­ko otwo­rzy­ła drzwi, na­tych­miast przy­wi­tał ją po­dmuch lo­do­wa­te­go, prze­siąk­nię­te­go za­pa­chem soli wia­tru. Wy­ję­ła z ba­gaż­ni­ka wó­zek in­wa­lidz­ki, roz­ło­ży­ła go w re­kor­do­wym tem­pie, a po­tem po­mo­gła ojcu wy­do­stać się z wnę­trza sa­mo­cho­du i na nim usiąść.– Tyl­ko na chwi­lę – za­zna­czył – a po­tem tro­chę się prze­spa­ce­ru­ od­zna­cza­ło się sta­lo­wo­sza­rym ko­lo­rem, iden­tycz­nym jak bar­wa nie­ba. Na ho­ry­zon­cie pię­trzy­ły się ogrom­ne zwa­ły ciem­nych chmur, a wie­ją­cy z pół­no­cy mroź­ny wiatr przy­po­mniał Ali­ce, jak nie­wie­le dzie­li ich od bie­gu­na pół­noc­ne­go.– Nie­zbyt do­bry dzień, żeby za­mo­czyć nogi, praw­da? – za­uwa­żył sie­dzą­cy na wóz­ku Ter­ry.– Prze­pra­szam, tato. To był bez­na­dziej­ny po­ rękę i ści­snął jej dłoń.– Łyk bry­zy do­brze nam zro­bi – po­wie­dział – na­wet gdy przy oka­zji chce nam ona urwać gło­ chwi­lę prze­miesz­cza­li się w mil­cze­niu pro­me­na­dą wzdłuż mo­rza, każ­de z nich za­to­pio­ne we wła­snych my­ślach. Bud­ki były nie­czyn­ne, po­grą­żo­ne we śnie na dłu­gie zi­mo­we mie­sią­ce, ale Ali­ce wy­pa­trzy­ła po dro­dze otwar­tą ka­wiar­nię – po­sta­no­wi­ła wstą­pić tam póź­niej.– Po­staw mnie tu­taj – po­pro­sił tata po mniej wię­cej dzie­się­ciu mi­nu­tach spa­ce­ru – i usiądź na chwi­lę koło mnie. Czu­ję się sa­mot­ny, gdy je­steś za mo­imi ple­ca­mi i nie da się z tobą nor­mal­nie roz­ma­ usta­wi­ła wó­zek przy ław­ce i usia­dła obok. Ław­ka była wil­got­na od bry­zy, a jej sie­dze­nie – zim­ne i nie­przy­jem­ne, mimo to do­brze było po­sie­dzieć so­bie z oj­cem. Uję­ła jed­ną z jego sze­ro­kich dło­ni i ści­snę­ła obie­ma rę­ka­mi.– Ale masz zim­ne ręce – po­wie­dzia­ła. – Nie po­win­ni­śmy za dłu­go tu prze­sia­dy­ mil­czał. Do­strze­gła, że pa­trzy da­le­ko przed sie­bie na mo­rze. Wi­dząc jego oczy, jak­by za­mglo­ne wspo­mnie­nia­mi z prze­szło­ści, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, o czym tak roz­my­śla.– Pa­mię­tasz, jak przy­jeż­dża­li­śmy tu­taj z mamą? – ode­zwał się w koń­cu.– Oczy­wi­ście, że tak – przy­tak­nę­ła Ali­ce. Przy­po­mnia­ła so­bie mamę, jak wsta­wa­ła dużo wcze­śniej od nich, żeby przy­go­to­wać gi­gan­tycz­ny…(fragment)…...Całość dostępna w wersji pełnejRoz­dział 4(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 5(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 6(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 7(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 8(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 9(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 10(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 11(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 12(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 13(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 14(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 15(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 16(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 17(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 18(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 19(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 20(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 21(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 22(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 23(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 24(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 25(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 26(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 27(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 28(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 29(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 30(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 31(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 32(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 33(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 34(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 35(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 36(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 37(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 38(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 39(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 40(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRoz­dział 41(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejRok póź­niej(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejPrzeczytajcie wywiad na wyłączność z Victorią Connelly(fragment)…...Rozdział dostępny w wersji pełnejSpis treściKarta tytułowaKarta redakcyjnaDedykacjaPodziękowaniaPrologRozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdział 9Rozdział 10Rozdział 11Rozdział 12Rozdział 13Rozdział 14Rozdział 15Rozdział 16Rozdział 17Rozdział 18Rozdział 19Rozdział 20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdział 24Rozdział 25Rozdział 26Rozdział 27Rozdział 28Rozdział 29Rozdział 30Rozdział 31Rozdział 32Rozdział 33Rozdział 34Rozdział 35Rozdział 36Rozdział 37Rozdział 38Rozdział 39Rozdział 40Rozdział 41Rok późniejPrzeczytajcie wywiad na wyłączność z Victorią Connelly
Uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają niedziela, 14 kwietnia 2013. Kierunek-Anglia Więc jak już mówiłam wszystko dotyczące wylotu się
Uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają, choć nie zawsze tak, jak byśmy sobie tego życzyły. Niebacznie wypowiedziałam życzenie nie precyzując go dokładnie…Wolny czwartekTak mi wypadło z grafiku w pracy. Hm, co by tu porobić? Mam zakupy do zrobienia, a tak poza tym? Chyba się trochę poobijam? Może książka? Nowy tekst na bloga? Mydełka porobię, albo buraki zakiszę? Ale będzie super! Taki spokojny, domowy dzień…Kasiu idziesz jutro do pracy? – moja mamaNie, a co?A bo byś mnie na cmentarz podwiozła, wiesz u babci tyle żołędzi i liści, trzeba to posprzątać na Wszystkich ŚwiętychJasne mamo, pojedziemyMamooo na którą idziesz jutro do pracy? – HaniaNie idę córciuTo podwieziesz mnie na przystanek?Podwiozę, czemu nie?A odbierzesz mi z przychodni receptę? – moje dziecię pytaO, to i mnie być leki z apteki odebrała – moja mamaSłuchaj a po drodze nie kupiłabyś mi liquidów? – KarolPewnie. I tak jadę na zakupy, to ci gdzieś kupięMamo odbierzesz mnie z dworca o – sms od starszej pociechySiMamoooo, a odbierzesz mnie z korepetycji? – młodsze dziecięOczywiście, o której? radęNo nie potrafię odmawiać. To prawda. Kocham ich, a jestem prawie jedynym kierowcą w rodzinie. Jednak jestem tylko człowiekiem, więc pomyślałam – „O ja pierniczę, znowu. A miało być tak pięknie. Żebym chociaż jeden dzień miała bez samochodu…” A mój Anioł Stróż, trochę zakręcony i chyba też potargany, a może już przygłuchy, lub żartowniś? Wysłuchał tego mojego życzenia…Dzień Świra, czyli mój normalny (?) dzieńPobudka to ciężki moment w życiu każdego, a już w życiu nastolatki to szczególnie. Dlatego nie dziwi mnie, że córcia zaspała i trzeba ją zawieźć do szkoły, zamiast na przystanek. Okej jedziemy, trochę w pośpiechu, bardzo walcząc z korkami, docieramy do teraz zakupy, po mamę i na nie! Coś piknęło mi w telefonie. To przypominajka – „Idź do Straży Miejskiej”. O kurczę! Zapomniałam! Jadę. Włożyli mi kartkę pod centrum handlowym, w którym pracuję, bo przez tych studentów z Politechniki, co parkują na naszych miejscach, ja zaparkowałam chyba w nie do końca dozwolony sposób. No nic. Porozmawiam, uproszę. Może mandatu nie dadzą…W radio właśnie leci horoskop wróżbity Macieja, podgłaszam: „Ryby, dzisiaj możecie liczyć na finansową pomyślność” Hura! Każdy grosz się przyda. Dzięki Ci wróżbito Macieju!W Straży nie było „tego co trzeba strażnika”, a nikt inny nie wiedział, co zrobić ze mną. Obiecali, że „ten co trzeba strażnik” zadzwoni w poniedziałek. Okej, przynajmniej na chwilę się odroczy na tam Kasiu zakupy? Bo ja już gotowa, bo wiesz, potem korki. To lepiej szybko pojechać – Pędzę więc do domu, żeby zabrać Mamę i uniknąć nie unikamy, ale jakoś udaje nam się zaparkować pod cmentarzem, sprzątamy, ustawiamy i wracamy. W korkach. W mega pospieszmy się, bo niedługo Ola wraca, a obiadu nie ma jeszcze i co damy jeść tej chudzinie?Dobrze Mamo, tylko jeszcze apteka, pamiętasz?Po prawie godzinie przebijania się przez korki docieramy do apteki. Stajemy. Łup! Chrup! To moje Czerwone Ferrari zaryło podwoziem w krawężniczek idealnie dopasowany do jego nic się nie stało, ale nieźle pani przywaliła – Krzyczy do mnie jakiś mądrala. Jak ja kocham takich mądrali. Zawsze się zjawiają, by kobietę pouczyć. Trudno, mam nadzieję, że naprawdę nic się nie stało. Biegnę do apteki – kupione, odebrane, biegnę do auta. Ruszam. Lekko cofam. Łup!Co pani wyprawia! Zniszczyła mi pani auto! O, i jeszcze ucieka!Nie uciekam. Stoję w poprzek osiedlowej drogi. Muszę jakoś ją udrożnić. Ale ok, pan nerwowy, więc zostawiam auto tak jak na tą jego piękną Kię Sportage i nie wiem co uszkodziłam. Nic nie Tutaj, Widzi pani!? I kto mi za to odda?!Facet wrzeszczy i pokazuje mi… pięciocentymetrową ryskę na feldze auta. Taką, którą można szmatką zetrzeć. Nie wierzę własnym oczom, ale co? Spisujemy protokół, czy mam policję wzywać?Policję!? Jaką policję?! Do czegoś takiego?! Nie mam czasu, na policję! Spisujemy protokół. Biiiiiiip!Jak stanęłaś debilko?!To kierowca śmieciarki, który właśnie w tej chwili musiał wjechać, w tę leniwą osiedlową uliczkę. Przestawiam auto i dalej spisujemy protokół. Potem właściciel auta mnie dłuuugo i dokładnie legitymuje, dzwoni do ubezpieczyciela i rzeczoznawcy, trzymając w ręku moje prawo jazdy i przy okazji zrzędząc niemożliwie. Krew mi się gotuje. Wróżbita. Finansowa pomyślność, cholera! Jestem w plecy o podwyżkę ubezpieczenia! Dobrze, że resztkami przytomności zdjęcie cały czas mi przypomina, że nie ma obiadu jeszcze i nie zdążymy końcu „pan bardzo dokładny” oddaje mi prawko i mogę jechać. Dobra, Zmiana planów. Zawożę mamę. Zostawiam ją w domu, żeby obiad ugotowała, a sama ruszam dalej z drobnymi przysługami dla wszystkich. Co to ja miałam…? Aha, receptę z przychodni odebrać, liquidy kupić. Ojej i jeszcze paczka jest na poczcie do odebrania. Jadę na pocztę, do przychodni, po liquidy i jeszcze wypłacić z bankomatu. Wszystko? Eeee, jeszcze płaszcz z pralni odebrać. Teraz Wszystko. To może pojadę na ten obiad? Nie, nie zdążę. Czas jechać po coś mi zaczyna grzechotać pod spodem coraz mocniej…Piszę do Karola : „chyba rozwaliłam podwozie”.Zero reakcji, trudno. Może nie widział. Chyba dojadę wszędzie gdzie trzeba? Wieczorem pokażę mu przebijam się przez zakorkowaną, zdążająca na cmentarze po pracy, Łódź. A właściwie w większości stoję. „Mamo, daleko jesteś, bo już skończyłam i spieszę się, bo się umówiłam z Klaudią” – sms od córki. Wysilam komórki mózgowe, uciekam z korka w korek. Zabieram dziecię i znów kluczenie i kombinowanie, by dojechać do domu na czas, bo dziecko się Toyotka zaczyna dziwnie charczeć…Dojeżdżamy do domu. Zjadam szybko obiad (Dzięki Ci Panie za moją mamę). Która to godzina? Już? Czas po Olę na dworzec. Hania zabiera się ze mną. Ma coś jeszcze do załatwienia po drodze, to ją podrzucę. Ruszam. Jakieś 500 metrów od domu zapala się lampka ładowania. „Niedobrze” – myślę, ale nie mam czasu analizować. Ola pisze, że już czeka na dworcu i że marznie. W aucie też robi się jakoś zimniej. Chyba siadło do dworca i z trudem biorę ostatni zakręt. To wspomaganie kierownicy padło. Ale co tam, zaraz wyściskam moje dzieciątko i pojedziemy do domu, a martwić się będziemy wielką walichę do małego bagażnika i ruszamy. Moje Maleństwo coś nie chce ciągnąć. Światła przygasają. A tu mega, mega korek przy skręcie w prawo w drogę ze szlabanem na przejeździe kolejowym. Toyotka przygasa. „Proszę wytrzymaj, proszę wytrzymaj. Nie teraz. Nie padaj. Pls nie tutaj!”W tym miejscu zawsze jest nerwowo,ale dzisiaj, przed Wszystkimi Świętymi szczególnie. I właśnie tutaj, w najbardziej zatłoczonym, znerwicowanym miejscu na Ziemi, moje autko… głuche, bez z dziewczynami auto na chodnik. Nie szkodzi, że na sam róg drogi i wszyscy mają problem, żeby obok nas przejechać. Przed nami stoi znak drogowy. Nie mam siły manewrować, by go ominąć. Stoimy więc, jak stoimy. Obtrąbiane i nie wiem co do Mojego otworzyć maskę i zobaczyć, czy kabelki nie spadły. Boziu! Jakie znowu kabelki?! Ale otwieram, patrzę. Kabelków nie widzę. Z resztą jest ciemno, choć stoimy pod latarnią. Ale wydaje mi się, że widzę takie trzy kółka z boku silnika, których kiedyś chyba nie widziałam. Musiało je coś wtedy zakrywać? Mówię o tym tak. Zerwał się pasek od ładowania akumulatora. To on był na tych trzech kółkach kiedyś, a teraz go nie ma.„Urwana pokrywa podwozia go zerwała” – myślę sobie, ale Karolowi tego nie mówię. Wszak nie zareagował na moją informację o uszkodzonym podwoziu, więc za dużo tłumaczenia by było dzwoni do Taty,który podjeżdża do mnie swoim autem na ratunek. Boże, jak to dobrze, że mógł przyjechać. Kompletnie nie widziałam co począć. Samochód dla mnie to czarna magia. Tata przykręca do mojej Biedroneczki hak, wyciąga linkę i pyta, czy kiedyś byłam holowana i czy dam sobie radę. Pewnie! Pewnie?Dziewczyny dla bezpieczeństwa przesiadają się do Taty, a ja z duszą na ramieniu „pędzę” na lince holowniczej przez zakorkowaną, rozkopaną, zwariowaną Łódź. Parę zbyt szerokich zakrętów, parę za późnych hamowań. Pot na czole, klucha w gardle, noga nerwowo wciskająca pedał hamulca, ale dojechaliśmy. Jeszcze tylko podepchnąć auto pod płot zaprzyjaźnionego mechanika i… do się na nogach. W głowie mi się kręci. Mam dość. Biorę gorącą kąpiel. Chyba trochę przysypiam. Za chwilę budzi mnie z letargu gdzie masz kluczyki od auta? Mechanik dzwonił, żebym mu przyniósł, to w sobotę z rana zajmie się autem.„Extra!”- Myślę, „Może już pojutrze będę miała autko? Tylko co z cmentarzami? Chciałam mieć dzień bez auta, ale czy to musiał być akurat Dzień Wszystkich Świętych? Jak ja się z tej moje wsi dostanę na te wszystkie cmentarze po całej Łodzi rozrzucone? „Aniołeczku Sróżku, kompletnie wszystko pokręciłeś…Mija godzina, może dłużej. Karola nie ma. Wreszcie wchodzi. Mina obolała, sztywna, prawa ręka wyciągnięta ku Dwa palce sine i opuchnięte, kolejne dwa rozharatane, krew się się stało?!Wpychaliśmy auto na podwórko i mechanikowi coś się pokręciło. Zamiast skręcić w lewo, skręcił w prawo wprost na róg domu. Auto przytarł, dłoni mi o mało nie zmiażdżył, bo ja pchałem z tyłu. Masz cały bok auta do Potarganku, serio?!Nadeszła noc. Poszłam spać z nadzieją, że to już koniec tu rano:Mamo, chyba mi zginął portfel, a w nim wszystkie moje dokumenty… Tym razem trochę inaczej ;) Jak zbudować kampera. Koszty budowy kampera. Przeróbka dostawczaka na kampera. Podróże kamperem. Buduję kampera i tego wszystkieg Każdy ma jakieś marzenia, postanowienia i pragnienia, które wyraża najczęściej z początkiem nowego roku, mając nadzieję, że w nadchodzących dniach otrzyma to, czego sobie życzy. Większość z nas uważa, że doskonale wie, co jest nam potrzebne do szczęścia, więc snuje plany na przyszłość, by czuć się jak najlepiej w swojej przestrzeni życiowej. Bohaterka książki „Niepokorna” także ma swoje marzenia, od których uzależnia swoje poczucie szczęścia. Tymczasem wkrótce przekonuje się, że dobrze jest uważać na to, o czym się marzy, bo może się to Storm tydzień wcześniej skończyła trzydzieści lat i wydaje się kobietą spełnioną, przynajmniej zawodowo, na stanowisku zastępczyni dyrektora generalnego w firmie Holding Enterprise. Do niedawna była najszczęśliwszą osobą na świecie, gdyż jej ukochany mężczyzna, Mark oświadczył się jej i razem planowali przyszłość. Niestety, tuż przed Nowym Rokiem, który mieli witać razem w Paryżu, on nagle zrywa z nią mówiąc, że „życie jest za krótkie, że każdy z nas żyje raz” i powinien być pewnym, z kim chce spędzić przyszłość. Zamiast z nim, spędza noworoczny czas z przyjaciółką, Poppy, która bez zastanowienia przylatuje do Francji, by ukoić ból porzuconej narzeczonej. Gdy wybija północ, Ivy wyraża postanowienie, że za rok, o tej porze będzie już mamą, czyli spełni się jej marzenie o urodzeniu powiedzieć, trudniej trzy miesiące i nadal nie widać szansy na zrealizowanie tego pragnienia. Czas biegnie, więc Ivy wpada na szalony pomysł. Postanawia iść do klubu „Nightmare” w Greenwich zrzeszający bogatych londyńskich biznesmenów, którzy ukrywają się pod maskami prowadząc tam aktywne życie towarzyskie i seksualne. To wśród nich Ivy chce znaleźć ojca dla swego przyszłego dziecka. Poppy uważa ten pomysł za szalony, ale Ivy jest zdesperowana i gotowa na wszystko. Nie ma zamiaru ciągnąć ewentualnej znajomości dalej i ujawniać swojej tożsamości poznanemu mężczyźnie, lecz spotkać się z nim do momentu, gdy zajdzie w ciążę. Nie spodziewa się, że ta decyzja mocno zaważy na jej życiu i pokaże, że marzenia potrafią się spełniać w nieoczekiwany sposób. Tymczasem firmę, w której pracuje Ivy, przejmuje pod swoją władzę niejaki Ashton McCain, który okazuje się być surowym, wymagającym szefem, często działającym na nerwy pracowników i patrząc na okładkę spodziewacie się wylewającego się z każdej strony powieści seksu, to możecie być zaskoczeni tym, co w rzeczywistości dzieje się w tej historii. Muszę przyznać, że pomysł na fabułę jest dosyć oryginalny, chociaż nie całkiem nieprzewidywalny. Historia zaczyna się jak typowy erotyk i dlatego nie brakuje w niej odważnych scen, ale napisanych ze smakiem. Natomiast nie jest to wątek najważniejszy, gdyż podążając za kolejnymi epizodami wyłaniają się różne zagadnienia, które wywołują ogromny bagaż emocji. W efekcie nie jest to łatwa, spokojna, słodka lektura, skupiająca się tylko na erotyzmie, którego z czasem jest coraz mniej i ten wątek przesłaniają istotne problemy, z którymi można spotkać się w realnym życiuPani Monika Cieluch potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika nie tylko sferą intymną, ale też dramaturgią, której tutaj nie brakuje. Na plan pierwszy wysuwają się relacje między głównymi bohaterami, problem związany z ciążą, ale też warunki pracy w korporacji i panujące w niej układy. Do samego końca nie sposób oderwać się od lektury, gdyż stopniowo wyłaniają się tajemnice, które rzutują na relacje Ashtona i Ivy. Siłą są bardzo dobrze stworzeni bohaterowie oraz postacie drugoplanowe, o których chętnie przeczytałabym osobną powieść, na przykład o Poppy, której historię poznajemy z perspektywy Ivy, więc można poczuć niedosyt w poznawaniu tej postaci. Ogrom emocji wywołują relacje między Ivy i jej rodzicami, którzy nie potrafią zaakceptować wyborów jest osobą, której nie można nie lubić. Imponuje swoją postawą wobec współpracowników, odważnymi ripostami na chłód swego szefa, przeciwstawianiem się jego decyzjom, a jednocześnie rozbraja swoją potrzebą bycia matką i potrzebą bliskości drugiego człowieka. Sympatię również wzbudza Ashton, który z pozoru jest wyniosły oschły i ponury. Zyskuje wówczas, gdy poznajemy go lepiej poprzez jego perspektywę relacji wydarzeń. Przez większą część fabuły o kolejnych wydarzeniach opowiada nam głównie Ivy, ale i Ashton ma też możliwość pokazania nam swojego punktu widzenia, lecz jest go zdecydowanie za mało. Nie jest to zatem narracja naprzemienna, gdyż przez większą część książki znamy tylko wersję głównej bohaterki. Ma to swoje uzasadnienie, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach, gdyż jesteśmy zaskakiwani niektórymi sytuacjami, tak jak Ivy.„Niepokorna” to powieść o charakterze erotyczno-obyczajowym, która nie jest romansem skupionym tylko i wyłącznie na relacjach damsko-męskich, ale przede wszystkim autorka ujmuje w niej głębszy sens. Jest w tej powieści ból, cierpienie, życie z trudnym bagażem przeszłości, rozgoryczenie, smutek, radość, nadzieja i miłość. Niektóre wątki są przewidywalne, ale nie wszystkie, więc nie brakuje elementów zaskoczenia. Są w niej sceny pobudzające wyobraźnię, z ładnie opisanymi odczuciami, panującym pożądaniem, ale też wątki wzbudzające złość, łzy, wzruszenie i tkliwość. To wielowarstwowa opowieść o znajdowaniu sensu życia, gdy nie wszystko biegnie według naszych wyobrażeń, tak jakbyśmy Ivy uświadamia, że chęć posiadania dziecka nie zawsze może być dla drugiej osoby czymś, czego pragnie i to nie dlatego, że nie chce być rodzicem, ale dlatego, że przeszłość jest zbyt bolesna. Autorka w oryginalny sposób zwraca uwagę na to, że każda decyzja ma wpływ nie tylko na nas, ale też rezonuje na osoby z naszego otoczenia. To, co dla jednej osoby jest szczęściem, spełnieniem pragnień, dla drugiej może być traumą, o której trudno zapomnieć. Pokazuje, że nie zawsze realizacja marzeń przebiega tak, jakbyśmy chcieli, a miłość przychodzi czasami w nieoczekiwany przeczytałam, dzięki wydawnictwu AMARE
Wyniki wyszukiwania frazy: uważaj czym marzysz - wiersze. Strona 108 z 127. Ewelaewelisia Wiersz 1 czerwca 2010 roku, godz. 13:27 0,1°C Tęsknota. Tak ciężko jest
W procesie coachingu stawiamy sobie cele. Formułujemy je tak by miały wydźwięk pozytywny. Po co? Żeby mózg właściwie zidentyfikował to, do czego ma dążyć. Raz wypowiedziane głośno stwierdzenie poparte silnym przekonaniem, że tego bardzo chcemy, daje do mózgu sygnał SZUKAJ, a ten zaczyna kombinować i dążyć do osiągnięcia celu. Bywa, że zupełnie mimochodem dookoła nas zaczynają się dziać rzeczy sprzyjające osiągnięciu tego, co sobie zakładaliśmy. Tylko, że to wcale nie jest przypadek:) To celowe działania naszego mózgu! Dlatego uważaj o czym marzysz. Przykład, czyli jak spełniłam swoje marzenie? W zasadzie to spełniłam marzenie, które nawet marzeniem nie było. Nie zdążyło się nim stać, bo od razu myśl wprowadziłam w życie. Pokonałam swoje ograniczenie. Coś co w toku coachingu zamierzałam sobie postawić za cel, którego jeszcze nie zdążyłam przepracować, bo już się udało, zrealizowało …STOP! Ja zrealizowałam:)Ucząc się i praktykując coaching indywidualny, podziwiałam ludzi, którzy prowadzą całe grupy. I kiedyś głośno powiedziałam ” chcę robić coaching dla grup i zespołów”. I stało się! Kilka dni później poprowadziłam coaching grupowy dla 13 osób! Kiedyś z podziwem, niedowierzaniem, a nawet lękiem patrzyłam na wszelkiej maści trenerów, coachów, mówców. Niewyobrażalnym, poza możliwością objęcia tego przez moją świadomości: było dla mnie zrozumienie jak to możliwe, że ten oto człowiek nie boi się stanąć przed tyloma, często obcymi osobami i mówić. Zapraszać do wykonania jakichś czynności, sprawiać, że ludzie to robią, słuchają, wynoszą dla siebie wartość. A jeszcze przy tym mówić składnie, z sensem i bez widocznego stresu. Co kiedyś o sobie myślałam? Sądziłam, że dla mnie to nieosiągalne i odrzucałam temat z miejsca, za każdym razem podziwiając tych, którzy to robią. W ogóle nawet nie próbowałam sobie siebe w takiej sytuacji wyobrazić. Kiedy szkoliłam się z coachingu już w pierwszych dniach mojego kursu wyzwaniem było poprowadzenie sesji treningowej z innymi uczniami. Stres mnie zżerał, kończyny się trzęsły, serce waliło, ręce pociły, słowa plątały. Jednak z dnia na dzień te sesje prowadziłam, mimo stresu, mimo tych wszystkich somatycznych przypadłości, które z biegiem czasu coraz mniej mi dokuczały (bo nie powiem żeby znikły całkowicie), ale jakoś tak się stało, że w okolicach 11 dnia szkolenia, czyli za razem w okolicach 11 sesji coachingu prowadzonego przeze mnie, zrodził się w mojej głowie pomysł poprowadzenia warsztatu grupowego, w konkretnym terminie, dla konkretnej grupy osób… i wiecie co?!Zupełnie nie myślałam wtedy o stresie, tylko o tym jakie będą efekty, co to przyniesie, co ludzie odkryją, jak zadziała moc grupy i mojej ulubionej techniki . Uważaj o czym marzysz, czyli jak głośno wypowiedziana myśl stała się faktem. I trach, zanim się jeszcze na dobre z tym oswoiłam, zdążyłam wypowiedzieć swoją myśl głośno w towarzystwie kilku znaczących dla mnie i tego właśnie tematu osób i chyba właśnie dzięki temu, nie wiedzieć kiedy zaangażowałam swoje siły w to, żeby pomysł stał się rzeczywistością. Umówiłam się na termin, i nawet dogadałam z bardzo inspirującą trenerką/coachem na coś w rodzaju rozmowy wspierającej, inspirującej i podpowiadającej co i jak zrobić . Okazało się (po raz kolejny już!), że słowa Coelho „I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie Twojemu pragnieniu” -naprawdę się sprawdzają. Ten cytat oraz jeszcze jeden bardzo, ale to bardzo mi tutaj pasuje:„uważaj o czym marzysz, mózg nie zna się na żartach!”. Głośno wypowiedziane słowa zadziałały na mój mózg jak sygnał do działania, a nie tylko czcze gadanie:) Marzenie stało się faktem ! Nawet choroba nie była w stanie mnie osłabić. Poszłam, zrobiłam to, poprowadziłam. Od doskonałości leżało to o spory kawałek, ale wiecie co? Ludzie byli zadowoleni, odkrywali, poszerzali swoją perspektywę,otwierały im się oczy. Widziałam uśmiechy, optymizm, którego trochę matką się poczułam. To piękne. Nasz mózg pomaga spełniać marzenia, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Jeśli sobie pozwolisz:) ” … kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia, to Twoja misja na Ziemi.” I to właśnie od dłuższego czasu czuję, że mam swoją misję i to daje mi takie poczucie spokoju, spójności. Zdecydowanie najpiękniejsze uczucie jakiego do tej pory doświadczyłam. A Ty, jak spełniasz swoje marzenia? Uważaj o czym marzysz..:) Jeśli podobał Ci się ten wpis, podziel się linkiem z innymi. Jeśli chcesz być na bieżąco, zapraszam do śledzenia mojego bloga lub zapisania się do newslettera. A tymczasem powodzenia we wdrażaniu zmian! Kasia źródło zdjęcia:

Może to było pomarańczowe światło, bo czerwone zwykle oznacza już zderzenie czołowe. Jesteśmy istotami rozumnymi. Ale podobno też racjonalnymi. Tu mam parę wątpliwości. Mianowicie: marzymy o rzeczach wielkich, każą nam myśleć pozytywnie bo to dobrze działa na ducha i pcha nas ku działaniu.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny postawił spółce InCruises International LLC z Portoryko zarzuty naruszania zbiorowych interesów konsumentów. Mamy podejrzenie, że firma InCruises International działa w systemie konsorcyjnym, zwanym też argentyńskim. Jest on zakazany przez prawo i uznawany za nieuczciwą praktykę. W przeszłości tego typu działalności kończyły się dotkliwymi stratami dla konsumentów – ostrzega Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I tłumaczy, że w tym przypadku system może polegać na zarządzaniu pieniędzmi zebranymi od uczestników programu w celu sfinansowania rejsów. Trzeba pamiętać, że korzyści dla uczestników w systemach konsorcyjnych finansowane są z wpłat innych i zwykle po pewnym czasie zaczyna brakować pieniędzy i system upada – mówi Tomasz Chróstny. Kusząca cena rejsów po Karaibach Spółka InCruises oferuje konsumentom z całego świata udział w programie członkowskim w rejsach. Jego uczestnicy płacą co miesiąc opłatę subskrypcyjną – 100 dol., która jest wymieniana na wewnętrzne punkty tzw. Dolary Rejsowe (DR), przy czym 1 dol. to 2 DR. Dolarami Rejsowymi można płacić za wycieczki statkiem, z tym że w pierwszym roku można wykorzystać maksymalnie 60 proc. zgromadzonych punktów, a resztę trzeba dopłacić prawdziwymi pieniędzmi. Pula do wykorzystania na rejsy stopniowo wzrasta, tak że w piątym roku udziału w projekcie, czyli po wpłacie co najmniej 4900 dol., można już wydać 100 proc. posiadanych DR na morską wyprawę. Dodatkowo firma rekrutuje tzw. partnerów, którym płaci za namówienie innych do wejścia do programu. poleca Przykład: rejs – kupowany przez InCruises od regularnych linii – kosztuje 2000 dol. Konsument, który uczestniczy w programie od 13 miesięcy, wpłacił 1300 dol., co oznacza, że uzbierał 2600 Dolarów Rejsowych. W drugim roku udziału może wykorzystać 70 proc. tej kwoty, czyli 1820 DR. Resztę – brakujące do ceny rejsu 180 USD – musi dopłacić w amerykańskiej walucie. W sumie więc wycieczka kosztuje ponad 25 proc. taniej, czyli 1480 dol. Różnicę pokrywa firma InCruises, której przychody pochodzą w zdecydowanej większości z wpłat członków. Tak więc, gdyby wszyscy uczestnicy programu zdecydowali się na rezerwację w jednym czasie, to zgromadzone środki nie pozwoliłyby na rezerwację rejsów – przestrzega UOKiK. Rezygnacja to też strata pieniędzy Dla funkcjonowania programu niezbędny jest ciągły dopływ nowych pieniędzy. Z naszych ustaleń wynika, że większość osób uczestniczy w nim biernie – uiszczając opłaty, a nie w sposób czynny – korzystając z rejsów – wskazuje UOKiK. Z dotychczasowych ustaleń #UOKiK wynika, że gdyby wszyscy uczestnicy programu Członkostwa w Rejsach INCRUISES zdecydowali się na rezerwację w jednym czasie, to zgromadzone środki nie pozwoliłyby na rezerwację rejsów. UOKiK (@UOKiKgovPL) July 20, 2022 Na dodatek wycofanie się z programu oznacza straty finansowe. Zgodnie z umową z InCruises International konsument, który rezygnuje z członkostwa, nie ma szansy na odzyskanie wpłaconych pieniędzy, a zgromadzone na jego koncie Dolary Rejsowe przepadają. Jeśli natomiast ktoś zaprzestaje wpłat, to jego członkostwo jest zawieszane. Na jego odblokowanie ma rok – musi jednak uzupełnić wszystkie zaległe płatności i wrócić do regularnego opłacania subskrypcji. Jeśli tego nie zrobi, traci wszystkie zebrane Dolary Rejsowe. UOKiK ostrzega konsumentów Po postawieniu spółce InCruises International zarzutu działania w systemie konsorcyjnym uznałem, że jest duże ryzyko, że konsumenci biorący udział w tym programie mogą stracić wpłacone pieniądze. Dlatego wydałem ostrzeżenie konsumenckie – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK. Program Członkostwa w Rejsach INCRUISES to może być system konsorcyjny. Taki system jest korzystny tylko dla osób, które otrzymają świadczenie najwcześniej. Dla jego funkcjonowania niezbędny jest ciągły dopływ nowych środków. UOKiK (@UOKiKgovPL) July 20, 2022 Zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów prezes UOKiK ma możliwość wydania ostrzeżenia, gdy istnieje szczególnie uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca stosuje nielegalną praktykę, która może narazić szeroki krąg konsumentów na znaczne straty lub niekorzystne skutki finansowe. Czytaj także: Módl się, by nie zhakowali ci konta. Bank ci nie pomoże. Załatwi cię jak tę okradzioną emerytkę
Wyniki wyszukiwania frazy: uważaj czym marzysz - wiersze. Strona 118 z 127. Blooregard Wiersz 10 maja 2010 roku, godz. 22:41 22,2 To o czym nie byłam
Na początku zeszłego roku siedziałam w kuchni swojego mieszkania w Berlinie i w trakcie rozmowy ze znajomym powiedziałam mu niespodziewanie, że tęsknię za Mią (moją jedyną i najfajniejszą córką). Nie miało to do końca sensu, bo Mia szalała po tym samym mieszkaniu, w którym właśnie siedzieliśmy z córką znajomego, i była na wyciągnięcie ręki. Ja z kolei na co dzień za nią tęskniłam, sama nie do końca rozumiejąc, jak mogę marnować te kilka godzin darowanej mi w ciągu dnia wolności na tęsknotę za wiecznie toczącą się kulką energii. Mogłabym spędzić je na pracy lub chociażby siedzeniu i nic nie robieniu. No właśnie, ona spędzała kilka godzin dziennie w przedszkolu, a ja miałam wrażenie, że jej dzieciństwo ucieka mi przez palce. Winię za to pomysł kupna kampera, który zrealizowałam kilka lat wcześniej (kampera nr 1, bo jesteśmy obecnie na numerze 3). Doprowadził on do tego, że spędzałam z córką ładnych kilka miesięcy rocznie w drodze. Odkryłam wówczas, jak totalnie genialne jest moje dziecko. W pewnym momencie stwierdziłam, że jedynym i rozsądnym wyjściem z tej całej tęsknotowej sytuacji będzie zabranie Mii z przedszkola, wpakowanie jej do kampera i podróżowanie z nią do momentu, kiedy będzie musiała iść do szkoły, czyli przez kolejne 2 lata. Od momentu kiełkowania pomysłu do podjęcia ostatecznej decyzji minęło 10 minut. Pozostało jedynie wciągnięcie do planu Tomasza (taty) i samej Mii. Tomasz powiedział „OK” w 5 sekund, Mia odpowiedziała „super”. Poszło łatwo i bez dramatu. Kolejne dwa miesiące na przemian jeździliśmy Thelmą (naszym przyszłym domem na kółkach i kamperem nr 3) i pakowaliśmy nasze życie w Berlinie do pudeł, żeby zwolnić mieszkanie. I tak, po zdaje się kolejnych przysłowiowych 5 minutach, siedziałam w naszym 30-letnim kamperze i dopiero wtedy doszło do mnie, że moim domem oficjalnie jest samochód. Fala szczęścia, która mnie uderzyła, była niesamowita, bo właśnie zrealizowałam plan, który zawsze siedział gdzieś z tyłu mojej głowy. No właśnie, ten plan… Doświadczenie w drodze z Mią miałam spore. Kiedy skończyła roczek, zabrałam ją do Australii, gdzie prowadziłam warsztaty z fotografii kulinarnej. Kiedy miała 2 lata, pojechałyśmy na długie tygodnie do Nowej Zelandii, gdzie wspólnie kempingowałyśmy na dziko w 50-letnim kamperze. Po powrocie kupiłam swojego pierwszego kampera, który niemalże rozchodził się w szwach, i przez bite 5 miesięcy jeździłyśmy nim po Europie. Ja i Mia, tata dojeżdżał od czasu do czasu, na chwilę. To, czego nie wzięłam pod uwagę, to to, że matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w bezpiecznej odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko. Przestrzeń osobista jest w końcu ważna i potrzebna, nawet przez tę jedną godzinę dziennie. Za to trochę inaczej to wygląda, gdy do kampera wprowadził się Tomasz, zaś Mia przestała drzemać w ciągu dnia. Jak to w małżeństwie bywa, trzeba się dotrzeć, a kiedy przeprowadzasz się z mężem i dzieckiem do 12 mkw, trzeba ustalić pewne zasady, które są oczywiście nagminnie łamane przez tych, którzy ich nie wymyślali (Mię i Tomasza). W trakcie wcześniejszych lat podróżowania z Mią wypracowałam sobie pewne triki. Na przykład smażyłam rano wieżę naleśników i miałyśmy zawsze kilka na kolację i na przekąskę. Tomek zjada wszystkie naraz, więc trick jest nieaktualny. To samo tyczy się makaronu lub innego obiadu, który odgrzewałam następnego dnia. Mam też przekąski kryzysowe, bo zdarza się, że dziecko potrzebuje kawałka czekolady, by uświadomić sobie, że dziejąca się właśnie tragedia wcale nią nie jest. Tomek niczym pies myśliwski potrafi wszystkie wytropić i zjeść. Fakt ten oczywiście skrzętnie ukrywa. Jednak największym, bezczelnym i niewybaczalnym przewinieniem jest wykończenie kawy, również tej awaryjnej (tak, mam awaryjną, bo przezorny zawsze zabezpieczony, a życie przed kawą nie istnieje), i nie wspomni mi o tym. Prócz wielu mniejszych, mam jedną istotną wadę – jeśli nie wypiję rano filiżanki kawy, bez kija do mnie nie podchodź. Nie raz, nie dwa zdarzyło się niestety, że obudziłam się o 5 rano w środku lasu lub gdzieś na górze i okazało się, że kawy nie ma. Nie omieszkałam wówczas obudzić Tomasza i wypytać, gdzie ją schował. To, ile razy usłyszałam, że przecież wczoraj ją skończył i trzeba kupić nową (o czym nie wspomniał wcześniej), jest wprost nieprzyzwoite. Do najbliższej miejscowości jest 20 kilometrów, dziecko śpi, więc nie wypada go budzić dla filiżanki kawy, a ty masz w głowie setki planów zemsty. Sytuacja powtarza się nagminnie, więc poważnie zaczynam zastanawiać się nad odstawieniem trunku, by ratować małżeństwo. „Matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko”. Jak wygląda życie w 12 mkw? Całkiem zwyczajnie. Jest śniadanie, obiad i kolacja, gotowanie i zmywanie. Jest zabawa z Mią i pogadanki. Oboje z Tomaszem pracujemy, z tym, że ja wstaję wcześnie rano i zaczynam pracę o 5-6 rano, zaś Tomasz ma zmianę wieczorną. To, co się zmieniło, to organizacja czasu. Nie ma mowy o jego marnowaniu, bo wybór jest prosty: albo czas z Mią, albo nadrabianie pracy. W naszym kamperze mamy wszystko, czego nam potrzeba. Prąd jest z solarów zamontowanych na dachu. Jest toaleta, jest też prysznic. Jest kuchenka, zlew i lodówka. Jest łóżko, które trzeba pościelić i powierzchnia, którą trzeba wysprzątać. Jest nawet mały poręczny odkurzacz, ręczny mikser do szejków i za dużo deskorolek na metr kwadratowy. Zmiana polega na tym, że w planie co kilka dni jest poszukiwanie wody i miejsca, gdzie tą zużytą można opróżnić. Codziennie szukamy też miejsca, gdzie możemy zaparkować na noc, bo lubimy zmiany i jeśli już żyje się w aucie, to trzeba z tego korzystać. Z ostatnim nie ma problemu, bo miejsca te są zazwyczaj na dziko i zazwyczaj są przepiękne, choć zdarza się i spanie na parkingu. To, co jest najtrudniejsze i zarazem najpiękniejsze w naszej sytuacji, to spędzanie ze sobą czasu 24/7, i to sporo tego czasu w niewielkiej przestrzeni. Okazuje się, że nie jest to trudne, ale potrzebne są pewne zasady (te nagminnie łamane). Na koniec dnia jest tak samo jak w domu, przyzwyczajasz się i staje się to dla ciebie normą. Mały metraż nie przeszkadza, widoki zachwycają, twój czas samemu (o tej 5 rano na zewnątrz kampera) staje się ulubioną rutyną. Moja rodzina ignoruje wschody słońca na rzecz snu. Obydwoje wychodzą z założenia, że im dłużej pośpią, tym lepiej dla nich i otoczenia. Więc to jest mój czas, na myślenie, na podziwianie świata, śmianie się na głos, kiedy zdam sobie sprawę, że siedzę właśnie na skale o 5 rano, popijam kawę i patrzę na ocean. A świat naokoło dopiero zacznie się budzić, albo jeszcze długo nie. UWHCII.
  • kqumzqx7hb.pages.dev/48
  • kqumzqx7hb.pages.dev/8
  • kqumzqx7hb.pages.dev/11
  • kqumzqx7hb.pages.dev/23
  • kqumzqx7hb.pages.dev/21
  • kqumzqx7hb.pages.dev/89
  • kqumzqx7hb.pages.dev/12
  • kqumzqx7hb.pages.dev/15
  • uważaj o czym marzysz